Marek Wnukowski
Janek i czarnoksiężnik Roni
Dawno temu, w pewnym mieście –
Wierzcie sobie, lub nie wierzcie
Mieszkał bardzo dziwny człowiek –
Pan, co nie miał obu powiek
Oczy ciągle miał otwarte
W poniedziałek, w środę, w czwartek
Cały czas wybałuszone
W coś bez przerwy są wpatrzone
Ciężko żyć, gdy powiek nie masz
Spać nie możesz, ciągle ziewasz
Chodzisz senny, przygnębiony
I wciąż czujesz się zmęczony
Janek – tak pan ma na imię
Cierpi latem, cierpi w zimie
I, gdy deszczyk, lub śnieg pada
Zawsze okulary wkłada
Również w upał to udręka
Słońce razi, oczy nęka
Czapka z daszkiem nie pomaga
Chodzi latem jak łamaga
Szkoda Janka, biedny człowiek
Ileż można żyć bez powiek?
Każdy w nocy pochrapuje -
On w sypialni spaceruje
Gdy muzyki kiedyś słuchał
Wpadła mu do oka mucha
Prawie się w nim utopiła
Wszystkie łezki mu wypiła
Okulista już go badał
Ksiądz do modlitw ręce składał
Wróżka dała własne leki –
Janek nie miał wciąż powieki
Zaczął godzić się już z losem
Coraz rzadziej kręcił nosem
Rzekł do siebie – trudna rada
Żyć bez powiek mi wypada
Wyszedł kiedyś na spacerek
Za nim dreptał pies – ratlerek
Na spacerze spotkał stryjka
Z pieskiem, co udaje wilka
Ten mu rzekł, że plotka niesie
Że za morzem, w ciemnym lesie
Czarnoksiężnik żyje możny
Zwie się Roni, jest zamożny
Wzrokiem swoim - głosi plotka –
Niszczy wszystko, co wzrok spotka
W oczach ponoć ma płomienie -
Kto w nie spojrzy z lęku mdleje
Później każdy zwiewa z hukiem
Las omija dużym łukiem
Ale plotka również głosi -
Że jeżeli ktoś sam zgłosi
Że mu spojrzy prosto w oczy,
Nie ulęknie się ich mocy
I nie mrugnie mu powieka
Wtedy go nagroda czeka -
Jedno można mieć marzenie
Które będzie też życzeniem
Roni spełni je w całości
Bez sprzeciwu i bez złości
Myśli Janek, głośno stęka -
Życie moje to mordęga
Czas je zmienić diametralnie
Czas już zacząć żyć normalnie
Dłużej nie chcę tracić czasu
Zaraz pójdę sam do lasu
I wywołam jego imię
Ruszam w drogę już za chwilę
Następnego dnia w południe
Był u celu. – Jak tu cudnie!
- Myśli Janek - patrząc w koło
Ale nie jest mu wesoło
Podróż bardzo go zmęczyła
Ledwo się na nogach trzyma
Gdyby zdrzemnąć mógł się chwilę
Wnet by poczuł w sobie siłę
Ale drzemka nie dla niego
Mówi sobie: – czas kolego
By rozpocząć to zadanie
Choć jest trudne niesłychanie
Zaczął Janek nawoływać:
- Roni!, Roni! Czas przybywać!
Stań przede mną tutaj oto
Chcę ci spojrzeć prosto w oko
Nie minęła krótka chwila
Gdy się z gąszczów wyłoniła
W całej swej okazałości
Jego postać – pełna złości
Groźnym wzrokiem Janka mierzy
Jakby jeszcze w to nie wierzył
Rozum chyba postradałeś –
Tak przemówił – lecz sam chciałeś
Nie ma takiej człowiek mocy
Aby - gdy mi spojrzy w oczy -
Nie opadła mu powieka
Dziś porażka cię tu czeka
Jeszcze nigdy nie przegrałem
Chociaż śmiałków wielu miałem
Ja dam radę! – tak myśleli
A ze strachu później mdleli
Możesz jeszcze zrezygnować
I swój honor uratować
Nikt nie dowie się, że byłeś
I się tu upokorzyłeś
- Tylko tchórz się wycofuje
Mi odwagi nie brakuje
Więc zaczynam, już nie zwlekam
Nawet nie drgnie mi powieka
Podszedł śmiało do Roniego
Nosem dotknął nosa jego
I mu zajrzał w głąb, głęboko
W jedno oraz drugie oko
Roni groźnie patrzy, czeka
- Niechaj mrugnie mu powieka!
Lecz niestety, dziwna sprawa
Bo powieka nie opada
Gdy minęło minut kilka
Roni - z miną złego wilka
Tak przemówił: - zwyciężyłeś!
Na nagrodę zasłużyłeś
Przyjmij moje gratulacje
Zasłużyłeś na owację
Zgodnie z moim przyrzeczeniem
Spełnię jedno twe życzenie
W takim razie – mówi Janek -
Zanim nas zastanie ranek
Chcę powieki mieć jak wszyscy
- Jak masz ty i moi bliscy
Urodziłem się kaleki
Nie wyrosły mi powieki
Strach mnie mało nie zamroczył
Kiedy ci patrzyłem w oczy
Lecz wygrałem, jest mi miło
Bo w umowie nic nie było
Że są one wymagane -
Przegrać mi nie było dane
- Wyjaśniło się, dlaczego
Nie mrugnąłeś, mój kolego
Ale reguł nie złamałeś
I uczciwie dziś wygrałeś
Cofnął się o cztery kroki
Chwycił się za oba boki
I po chwili w całym lesie
To zaklęcie echo niesie:
- Czary mary, żabie skrzeki
Żabie udka, żabie steki
- Czary mary, gwoździe, ćwieki
Niech urosną ci powieki!
Janek oczy swe dotyka
Serce mu jak werbel tyka
I po chwili jest już jasne –
Ma powieki! Swoje! Własne!
Radość z niego w niebo tryska
- Teraz mogę żyć lat trzysta!
Życie moje sens nabiera
Kochać będę je od teraz
Zaczął mrugać okiem prawym,
Później lewym – dla zabawy
A ze szczęścia łzy mu lecą
Oczy się jak gwiazdy świecą
Chciał Roniemu podziękować
Lecz ten zniknął gdzieś, bez słowa
-Dzięki! – szepnął leśnej ciszy
Czuł, że Roni go usłyszy
Wrócił Janek w swoje strony
Nigdy nie był tak zmęczony
Z trudem szedł, już ledwo człapał
Padł na łóżko i wnet chrapał
Oczy mocno ma zamknięte
Usta - we śnie - uśmiechnięte
Pierwszy raz mu w życiu dane
Spać i śnić – to niesłychane
Może śni o lepszym jutrze?
Lub co będzie jadł pojutrze?
Chyba w łóżku mu wygodnie -
Śpi już Janek dwa tygodnie