Wierszyki do czytania Wierszyki do słuchania

Krzysztof Roguski

Opowieść zimowa
– familijny utwór wierszowany –


Choć niewielu mnie widziało,
Mówili na mnie Wędrowiec.
Suche, kościste me ciało
Stary odziewał prochowiec.
Może nudne, bez znaczenia,
Są dzisiaj przeżycia ducha.
Lecz kto lubi wspomnienia,
Niech opowieści posłucha:

*

Sam środek nocy, ciemnica,
Żadna latarnia nie świeci.
Po domach ciemno, ciemna ulica,
Zgubiłem drogę w zamieci.
Księżyc zakryły chmurzyska,
Zaspy powyżej kolana.
Najmniejsza gwiazdka nie błyska
I kilka godzin do rana.
Nie znałem tejże mieściny,
Chociaż zszedłem tyle dróg.
Półprzytomny, cały siny
Już padałem prawie z nóg.
Więc opadłem z resztek sił,
Kij wyśliznął się z dłoni.
I upadłem głową w tył
Bez tchu w tej ustroni.

*

Obudziło mnie szturchanie
I okrzyki, nie wiem czyje:
„Proszę pana, niech pan wstanie!
Proszę pana, czy pan żyje?!”
Otworzyłem ledwie oczy,
Lecz mi obraz się rozmazał.
Ktoś coś mówił, nie wiem o czym,
Szklankę wody podać kazał.
Później wzięli mnie jak trupa,
I za ręce, i za nogi.
Szli ostrożnie, by nie upaść
I przez domu wnieśli progi.
Ułożono mnie w salonie,
Na kanapie, przy kominku.
Grzałem stopy, grzałem dłonie
Tak spragniony odpoczynku.
Śnieg wciąż sypał i świstało,
Za oknami wiatr wciąż hulał.
Nowe szaty na me ciało
Pasowały jakby ulał.
W kącie świecy się ogarek
Do ostatka już wypalał.
Cicho tykał gdzieś zegarek,
Jakby tykot się oddalał.
Sam leżałem w tym półmroku,
Licząc ile razy stuka.
Obejrzałem wszystko wokół,
Czy nie goszczę u hajduka.

*

Nagle drzwi się uchyliły,
Do salonu wszedł gospodarz.
Niewysoki, zrazu miły,
Nie wyglądał tak jak włodarz.
Nie poznałem go z wyglądu,
Lecz poznałem go po mowie:
„Już pan nie śpi? Nie ma prądu,
Proszę pana, w całym Niemierowie
I dlatego jest tak ciemno.
Dołożyłem drwa do pieca,
By się lepiej było zdrzemnąć
I stąd ta malutka świeca.
Jestem Janko – wpół się kłania –
Pan tu chyba nigdy nie był...
Nie widziałem wcześniej pana.
Pewnie pan szmat drogi przebył?
I niedużo brakowało,
Byłby zamarzł pan do rana.
Można wiedzieć co się stało?”
Popatrzyłem zadziwiony,
Ledwie takie cedząc słowa:
„Więc zaszedłem aż w te strony?
Do sławnego Niemierowa?
Nic nie jadłem od przedwczoraj,
A od wczoraj nic nie piłem.
Choć przebyta droga spora,
To w zamieci się zgubiłem.
Czy to pan mnie uratował?”
Janko się uśmiechnął dumnie.
„Pan pomocy potrzebował,
Więc pan przenocował u mnie.
Cała reszta okolicy
Boi obcych się jak ognia.
Nikt po nocy po ulicy
Nie chce chodzić aż do dnia.
Ale ja tu panu truję,
A powinien pan coś spożyć!
Zaraz zupę ugotuję,.
Po niej pan powinien ożyć”.
Ledwie skończył tenże wywód,
Już nie było go w salonie.
Ja patrzyłem wśród tych wygód
Jak kominek żywo płonie.
Świeca prawie się skończyła,
Dogasały już opary.
Ale jeszcze oświetliła
Salon ładny, ale stary.
Dom był cały z ciemnych bali,
W oknach kratki, okiennice.
Czy się byście spodziewali,
Że kryć może tajemnice?
Choć niektórym z was, nie powiem,
Mógłby wydać się paskudny,
Lecz pozwólcie, że dopowiem:
Na swój sposób był przecudny!
Urządzony był, fakt, skromnie.
Oprócz lampy dwie komody
I witryna tuż koło mnie,
Na stoliku szklanka wody.
A na ścianie krzyż ze srebra
Oraz obraz ten z Maryją.
Belki stropu niczym żebra
I krzyżują się, i wiją.
Skoro już oczami wodzę
Po zakątkach górskiej chaty,
Biały dywan na podłodze
Leży miły i włochaty.
Nagle drzwi się ze skrzypnięciem
Otworzyły na szerokość.
Chciałem wstać, ale z przejęciem
Uderzyłem głową o kość.
„Ach, ostrożnie! – krzyknął Janko. –
Nie zdążyłem ostrzec w porę
Pana przed tą niespodzianką...
Lepiej teraz ją zabiorę...”
Powiedziawszy, sięgnął dłonią
I kość ściągnął jednym ruchem,
Żebym się ponownie o nią
Nie uderzył jak obuchem.
Wtem dostrzegłem w tym ferworze,
Przez cieniutką biel firanek,
Że za oknem, że na dworze
Mdły powoli wstawał ranek.
A na granatowym niebie
Widać było gór zarysy.
Gdy patrzyłem wprost przed siebie:
Na wprost Giewont, w dali Rysy.
Nagle mi się zakręciło
W głowie od tej ogromności.
I zrobiło błogo, miło –
Padłem znów bez przytomności.

*

Tak leżałem nie wiem ile,
Zanim w końcu się ocknąłem.
Zaskoczyłem się niemile,
Wciąż nie wiedząc jak zasnąłem.
„Nic dziwnego, że pan wcale
Nie pamięta co się stało.
Miał pan jeszcze zjeść coś, ale
Przespał pan i dzień, i noc całą”.
„Czyli spałem przez dwie doby?”
Janko uniósł obie brwi.
„Przez dwie? – Parsknął śmiechem. – Oby...
Pan tu przespał ze trzy dni.
Przez ten czas się niepogoda
Poprawiła na przecudną.
Wyszło słońce, wyschła woda,
Tchnęło życie w wieś bezludną.
Mówię panu: zima w pełni!
Lekki mrozek złapał przy tym.
Mam dla pana ten płaszcz z wełny,
Prawie wcale nieużyty”. –
I rozciągnął płaszcz zimowy
Cały czarny i bez skazy.
Rzeczywiście, był jak nowy... –
„Założony ze dwa razy.
A ten pana pozwoliłem
Sobie wrzucić dziś do pieca.
Przy okazji z nim spaliłem
I swojego też rupiecia.
Pan przymierzy, czy pasuje...
Chciałby pan obejrzeć za dnia,
Jeśli się pan dobrze czuje,
Naszą wioskę i zobaczyć jaka ładna?”
Nim wyszedłem, zjadłem trochę
Gęstej zupy, a do tego
Talerz kapusty z grochem
I łyk wina czerwonego.

*

W pierwszej chwili nie wierzyłem
Jak wspaniała jest ta wioska.
Lecz gdy pierwszy krok zrobiłem,
Zrazu stała się beztroska.
Kiedym wyszedł – płatki śniegu,
Tak jak mówił Janko wcześniej,
Wciąż prószyły w równym ściegu
Nierealnie, jakby we śnie.
Śnieg mi skrzypiał pod butami,
Kiedy szedłem sam uliczką.
Zlany słońca promieniami
I mijałem z konną bryczką.
Wszędzie lampki i ozdoby,
Świecidełka i różności.
Nie uświadczyłbyś osoby,
Która szłaby w samotności.
Wszyscy mili, uśmiechnięci,
I pomocni, i ochoczy.
Pełni życia, pełni chęci
I nikt z nikim się nie droczy.
I muzyka gdzieś z daleka,
Młodzież rzuca się śnieżkami.
Pies z radości biega, szczeka,
Dzieci chodzą z rodzicami.
Tak zaszedłem aż na rynek,
Tam dopiero moc atrakcji!
Gwiazdek, lampek i choinek
I świątecznych dekoracji!
A na środku rynku żywa
Choinka wielometrowa.
Taka strojna, migotliwa,
Że odbiera dech i słowa.
A na szybie sklepu ze dwie
Białe plamy jak kwiat lilii.
I pomyśleć, że dzień ledwie
Już pozostał do Wigilii...

*

Wtem na podest pod choinką
Wszedł mężczyzna z megafonem.
Krawat miał ze złotą spinką
I popatrzył w każdą stronę.
Wolną ręką machał, ruszał,
Gdy gardłową mówił skalą.
A garnitur mu wybrzuszał
Brzuch nadęty niczym balon.
„Moi drodzy! Moi mili!
Jako burmistrz Niemierowa
Proszę byście pozwolili
Mi powiedzieć ze dwa słowa!
Witam wszystkich! Jak co roku
Mamy dla was moc atrakcji!
Już niedługo, tuż po zmroku,
Włączym rząd iluminacji!
Będzie konkurs i nagrody!
Więc miłego popołudnia.
Korzystajcie z tej pogody
W ten ostatni weekend grudnia!”
Widać mrozu się nie imał,
Skoro w samym garniturze
Stał tam i megafon trzymał
Bez szczękania, bez powtórzeń.
Miałem zatem czasu tyle,
By zobaczyć resztę wsi.
I odrobić w jedną chwilę
Te przespane kilka dni.
„Burmistrz chyba się starzeje –
Usłyszałem za plecami. –
I na skroniach już siwieje,
I nie macha tak rękami”.
Na to drugi głos powiedział:
„Nie jest z nim tak źle, na Boga!
Ma na głowie większy przedział...
Ależ męski, moja droga!”
Nie czekając, co też więcej
Mógłbym słyszeć z tej rozmowy,
Oddaliłem się czym prędzej,
Zapomniawszy tej osnowy.
Niemierowo nie jest duże,
Z tego właśnie na świat słynie.
A że spacer mam w naturze,
Więc obszedłem je w godzinę.
Daleko jeszcze szesnasta,
A szarówka tuż nad glebą.
Półmrok w jednej chwili nastał
I zaczernił całe niebo.
Więc czym prędzej się udałem
Na rynek powrotnie.
Tylu lampek nie widziałem!
Było więcej ich stukrotnie!
A ten świat malutki cały!
Znów usłyszałem te głosy!
Jak latały, jak krakały
Te kobiece albatrosy.
„No, nareszcie przyszła pora,
Zaraz zapalą światełka”.
„Warto było do wieczora
Świecić jak perełka”.
A za chwilę burmistrz znowu
Wszedł na podest żwawo.
By wtórować swemu słowu
I nacieszyć się sławą.
Za nim mały dzieci chór,
Niby żywe aniołeczki,
Sypał puchem białych piór
I takie śpiewał strofeczki:

Hej, hej, hej! Hej, hej, hej!
To świąteczny nastał czas!
Dziś się wesel, dziś się śmiej,
Bo świąteczny nastał czas!

Hej, hej, hej! Hej, hej, hej!
Cokolwiek się wydarzy!
Ty szeroki uśmiech miej,
Cokolwiek się wydarzy!

Hej, hej, hej! Hej, hej, hej!
Miłość stanęła na drodze!
Dzisiaj radość w sercu miej,
Bo miłość stanęła na drodze!

Hej, hej, hej! Hej, hej, hej!
Cokolwiek się wydarzy!
Ty szeroki uśmiech miej,
Cokolwiek się wydarzy!

Hej, hej, hej! Hej, hej, hej!
Bądź tak samo dziś i jutro!
Zawsze wierny tylko jej,
Bądź tak samo dziś i jutro!

Hej, hej, hej! Hej, hej, hej!
Cokolwiek się wydarzy!
Ty szeroki uśmiech miej,
Cokolwiek się wydarzy!

„Oto nadszedł wreszcie czas
Zapalić choinkę na Święta.
Może nawet któreś z nas
Na przyszły rok zapamięta?”
Tylko skończył już rozbłysły
Światła co inaczej.
Ale z nim się i pomysły
Rozmyły cudacze.

*

Wróciłem późno. Janko się po domu
Kręcił od ściany do ściany.
Kościelnego odgłos niósł się bim-bomu,
Teraz już pewnie echem wygrywany.
„Już wróciłeś? To nie rano...
Nie patrzyłem na zegarek.
Słychać było, że zagrano
Tam na rynku pieśni parę.
Burmistrz gadał znów to samo?”
„Gadał, gadał... Dwie kobiety,
Jedna mogłaby wyjść za mąż
Za niego... takiej dostała podniety!
Drugiej było obojętne;
Lecz ich twarzy nie widziałem,
Czy ubogie, czy majętne,
Bo przed nimi zaraz stałem”.
Janko spojrzał bez wzruszenia,
Jakby wiedział o kim mowa.
„Więc się ona nic nie zmienia...” –
Uciął myśl w połowie słowa.
Później ręce splótł na brzuchu,
Westchnął ciężko i przesadnie.
I podrapał się po uchu,
I uśmiechnął całkiem ładnie.
Lecz nic więcej nie powiedział,
Machnął ręką i się udał
Do pokoju i powiedział,
Abym święty spokój mu dał.
I cóż więcej mogłem orzec
Wśród słów tak niewielu?
Tak doszedłem aż na dworzec
Tuż przy parku i hotelu.
Wnet mnie doszło echo krzyku,
Wzbił się pył świeżego puchu
I tuż za mną, na chodniku,
Kobieta leżała bez ruchu.
Bryczka leżała na boku bez koła,
Koń gdzieś na oślep przed siebie uciekał.
Jeden gwar i rumor dokoła,
O mało nie stratował innego człowieka.
„Wszystko dobrze? Coś się stało? –
Ukląkłem przy niej, nie wiedząc czy żyje.
Moje pytanie na nic się zdało,
Sprawdziłem oddech i serce czy bije.
Woźnica podniósł się ciężko z chodnika,
Nie mogąc zrozumieć co się właściwie...
Po głowie się drapał, lekko utykał,
Coś go bolało lecz niezbyt dotkliwie.
W tej właśnie chwili kobieta wzrok
Zwróciła na mnie nieco zamglony.
Na czubku głowy rozpadł się kok,
Lewy policzek zaczerwieniony.
I powiedziała lekko przejęta:
„Nic mi nie jest, jestem cała,
Lecz nic a nic nie pamiętam...” –
I dłoń wątłą mi podała.
(Wtem olśniło mnie zwyczajnie:
Przecież to jej głos na rynku
Mówił żywo, jednostajnie
I bez chwili odpoczynku!)
I pomogłem wstać za ręce,
Jakbym podniósł anielątko,
Dla którego skrzydła przy sukience
Są jedyną po niebie pamiątką.
I staliśmy na chodniku
Śliskim od śniegu i lodu,
Gdy ktoś rzucił, bliski krzyku:
„Koń się przeląkł samochodu”.
Wtem z zawziętością
Policyjne zawyły syreny
I rozbiły realnością
Magiczność tej sceny.
Nie wiedziałem, że ktoś zerka
I że mnie na oku trzyma.
Podejrzliwie patrzy, zerka
Zza pomnika J. Tuwima.
„Pani pozwoli – skłoniłem się nisko –
Robię się już dureń stary.
Tak winienem zacząć wszystko:
Na imię mi Apolinary”.
Kobieta nagle speszona,
Jakby przypadkowym grzechem,
Odparła, trąc dłońmi ramiona:
„Jestem Honoratka” – z uśmiechem.
Szedłem uliczką raźnie
I uśmiech na twarzy mając.
Ludzie machali przyjaźnie,
Gdy szedłem głośno śpiewając:

Płatki śniegu sypią się,
Wszystko nimi pobielone.
Całe noce, całe dnie
Wirują jak szalone.

I wirują, i tańcują,
I tańcują, i wirują.
Wszystko biało zasypują
I na wietrze podskakują.

Napadały ich miliony,
Napadają ich tysiące.
Płatki śniegu z każdej strony,
Płatki śniegu niekończące.

I wirują, i tańcują,
I tańcują, i wirują.
Wszystko biało zasypują
I na wietrze podskakują.

Napadały ich miliony,
Napadają ich tysiące.
Płatki śniegu z każdej strony,
Płatki śniegu niekończące.

I wirują, i tańcują,
I tańcują, i wirują.
Wszystko biało zasypują
I na wietrze podskakują.

Płatki śniegu sypią się,
Wszystko nimi pobielone.
Całe noce, całe dnie
Wirują jak szalone.

I wirują, i tańcują,
I tańcują, i wirują.
Wszystko biało zasypują
I na wietrze podskakują...

*

„Komuś pomógł?! Czyś oszalał?
Przecież niedawno mówiłem,
Byś się od nich trzymał z dala,
Bo udają takie miłe!” –
Janko kipiał i czerwieniał,
Chodził w kółko po salonie.
To wyliczał, to nadmieniał,
Parskał, furkał, ściskał dłonie
I je składał jak w pacierzu.
„Czyli miałem nic nie robić
I pozwolić temu zwierzu
Głowę jej kopytem obić?” –
Zapytałem oburzony,
Czując jak pulsuje w skroniach
Krew mi żywo z każdej strony
I uderza po ustroniach.
„Zamiast tych grzeczności to ty
Mogłeś iść zwykle bez słowa.
Na co były te zaloty
I ta śmieszna rozmowa?
Mogłeś nic nie robić wcale,
Przecież inni byli wkoło.
Ale ty nie... ty z nią poufale
Wolałeś rozmawiać wesoło
I snuć plany ułańskie...” –
I fuknął jeszcze pod nosem
Jakieś przekleństwo szatańskie
Swoim chropowatym głosem
I obrócił się na pięcie
I z urażoną dumą
Wyszedł przekonany święcie,
Że się wszelkim oparłem rozumom.
Nie pokazał się ni razu
Dłuższy czas na oczy,
Jakbym powodem urazu
Lub z najgorszej był swołoczy.

*

Wczesny wieczór więc spędziłem
Znowu na spacerze.
I tak bez celu chodziłem,
I nowych szukałem ścieżek.
Tak mi mijał obojętnie
Wigilijny dzień i smutno,
Tak chodziłem sam i smętnie
Z miną marną i butną.
Zrobiło się dziwnie szaro,
Stalowe chmury zakryły
Niebo i jak skłębioną parą
Wnet Niemierowo okryły.
Nogi same niosły wprzód,
W głowie myśli skłębione.
Wtem następny stał się cud:
Oto przede mną znów one.
Stara stała lekko zgarbiona,
Wyglądała jak cień cieni,
Który chude swe ramiona
Ciągnie prawie już po ziemi.
Obok niej szła Honoratka,
Inny rodzaj kobiecości
Niż jej stara, chuda matka,
Choć podobna z rysów, kości.
Ale zanim się zdążyłem
Skłonić ładnie obu paniom,
Zamiast tego zobaczyłem
Jak się matka chowa za nią.
Coś jej szepcze w prawe ucho,
Coś ją szturcha i zachęca,
I z uśmiechem znika głucho,
Znakiem krzyża ją poświęca.
Honoratka, choć niepewnie,
Śle mi uśmiech, macha dłonią.
Wolnym krokiem idzie zwiewnie,
Tak, że się zmartwiłem o nią...
„Drugi raz się dziś widzimy –
Rzekłem, aby ją ośmielić. –
Ile razy tejże zimy
Będziem się jeszcze widzieli?”
Nie zdążyłem dopowiedzieć,
Ale ona się z humorem
Takim znała, aby wiedzieć,
Że nie kończy się go sporem.
„Niemierowo jest jak kasta
I głośne właśnie dlatego,
Że choć leży hen od miasta,
Tutaj każdy zna każdego”.
Czułem, że gdzieś myślą pędzi,
Lecz nie chciałem skończyć na tem,
Więc zacząłem lot łabędzi:
„Może mi pokażesz zatem
Ciekawsze rzeczy miasteczka?”
Honoratka jakby nieopatrznie:
„To raczej długa wycieczka...” –
Odparła dziwnie dwuznacznie.
Nie wiedziałem, że tą całą
Niespodziewaną rozmowę
Jakieś licho podsłuchało
I złapało się za głowę.
Ktoś, jak wtedy, krok za krokiem
Szedł tuż za mną ostrożniutko
I, jak wtedy, krok za krokiem
Szedł tuż za mną niemilutko.
Tak szedł za mną niczym szpieg,
Tak idzie za mną tajemnie,
Jakby miał się losu zbieg
Nagle przetoczyć przeze mnie.
Ktoś na skwerze A. Mickiewicza
Na ławce za modrzewiem siedzi,
Sekundy zegarkiem odlicza
I jak filomata siedzi.
„Lecz nie teraz, wybacz proszę –
Honoratka się speszyła –
Lepiej wolno i po trosze,
Niźli by raptowną była.
Tak odchodząc, pełna ckności,
I rozpromieniona cała,
Prawie tańcząc z tej radości,
Usłyszałem jak śpiewała:

Moje serce to jest ptak,
Trzepoczący się i żywy.
Czekający na czyjś znak
I podatny na porywy.

Moje serce jest otwarte,
Lecz potrzebny jest doń klucz.
Gdy chcesz odkryć czulszą kartę
Tak jak ono w piersi tłucz.

Daj mi jeden mały znak,
A ja ci pokażę jak.

Moje serce to jest ptak,
Trzepoczący się i żywy.
Czekający na czyjś znak
I podatny na porywy.

Moje serce jest otwarte,
Lecz potrzebny jest doń klucz.
Gdy chcesz odkryć czulszą kartę
Tak jak ono w piersi tłucz.

Daj mi jeden mały znak,
A ja ci pokażę jak.

Daj mi jeden mały znak,
A ja ci pokażę jak...

*

„Tu żeś jest, Apolinary! –
Znany głos doleciał do mnie. –
Wybacz mi te liche swary,
Tak niezręcznie i nieskromnie
Padające z moich ust.” –
Oto Janko znów się chlubił
Niby jaki Marcel Proust,
Co stracony czas zagubił.
Patrzył w oczy dość niepewnie,
Czy też czego szukać ma tu.
Chyba myślał, że mu gniewnie
Dam dwa słowa do wiwatu,
Lecz ja – zamiast mu dopiekać –
Chciałem żeby mi wyjaśnił
Czemu przed nią mam uciekać
I dokładnie to objaśnił.
Zmarszczył czoło i skrzyżował
Ręce z tyłu niczym lord.
Wydął usta, brzucho schował,
Wyrywając jeden akord
(Nie na wiele się to zdało)
I czerwony potarł nos.
Jeszcze chwilę to potrwało,
Zanim wydał z siebie głos:
„To historia bardzo długa,
Zajmie wieczór i pół nocy...”
„Możesz mówić, możesz gugać,
Byle tylko było o czym.” –
I wzruszyłem ramionami,
By okazać oburzenie.
„Wczesną nocą, z drwa trzaskami,
Nadam ci historii brzmienie.” –
I uśmiechnął się łaskawie,
A odchodząc dłonią skinął
Tak, że zderzył się był prawie
Z jakąś damą – lecz ją minął.
Wtem, o dziwo, myśli dałem
Powieźć swe w daleką drogę.
Honoratkę pokochałem,
Przestać kochać jej nie mogę.
I ruszyłem znów przed siebie,
Jak Wędrowiec z krwi i kości.
I śpiewałem tak do siebie,
Zanurzając się w miłości:

O, jaki piękny dzień!
Taki zimowy i miły!
Prawie bajkowy, prawie jak sen...
Tu się marzenia spełniły!

Gdybym ja wiedział, że się tu
Spełnić wszystkie mogą,
Pośród zamieci i pośród zamętu
Od razu bym poszedł tą drogą!

Nie wiedziałem czym jest miłość,
Jaki jest jej pierwszy znak!
Do tej pory mi się śniło,
Teraz jej poznałem smak!

Teraz same niosą nogi,
Długie noce, długie dnie!
Teraz przez niebiańskie progi
Nogi same niosą mnie!

Nie wiedziałem czym jest miłość,
Jaki jest jej pierwszy znak!
Do tej pory mi się śniło,
Teraz jej poznałem smak!

O, pokrętny, żywy losie,
Ty zawiodłeś mnie aż tu!
Do krainy tejże, co się
Wyłoniła jak ze snu!

Nie wiedziałem czym jest miłość,
Jaki jest jej pierwszy znak!
Do tej pory mi się śniło,
Teraz jej poznałem smak!...

I przez miasto ulicami
W ten zimowy, późny dzień.
I przez miasto chodnikami
Wśród piosenki tejże brzmień.

*

Aromatem świeżej kawy
Zachęcony się rozsiadłem,
A jej smak lekko gorzkawy
Rozgrzał mnie tak, że przepadłem.
Przy kominku, na kanapie,
Znów rozgościł mnie w salonie.
Przyglądałem się jak człapie
I jak trzęsą mu się dłonie,
Bom nie zwrócił wcześniej na to
Choć ułamka swej uwagi.
Teraz Janko mnie bogato
Przyjął i pełny powagi.
A za oknem już szarówka
Grała z mrokiem coraz śmielej.
Janko zaczął cedzić słówka
O łagodności anielej:
„Ale czas przejść do meritum
Tej historii pokrętności,
Bo trwać może aż do świtu
Wyjaśnianie zawiłości...” –
I zawiesił głos na dłużej,
Oczy zaszły mu wspomnieniem
Jakby boleści niedużej,
Co na sercu leży cieniem.
Lecz po chwili spojrzał znowu
Wzrokiem przytomnym i żywym,
Nadał głębię swemu słowu,
By bardziej było prawdziwym:
„Byłem młody... tyć za bardzo...
Lecz już byłem pewny swego.
Nie wiedziałem, że tak wzgardzą
Jej uczucia moim ego.
Przypadkowo zobaczyłem
Ją w ramionach przyjaciela...
Własnym oczom nie wierzyłem
Na co on się z nią ośmiela!
Włosy gładził, dłonie ściskał,
Coś jej szeptał i się śmiał.
Na rozejście pewność zyskał
I wisiorek złoty dał.
Co się stało później to... ech...
Szczególików nie opiszę.
Ale zdradzę, że ten grzech
Często widzę, często słyszę.
Miałem żonę mieć po grób,
A przyjaciel ją z łajdacka
Zabrał mimo moich prób,
Próśb i błagań – i znienacka.
Tak, mój drogi, to jest matka
Tej, co teraz chcesz dać duszę.
A ten grzech to Honoratka...
Więc dać sprzeciw temu muszę!
Broń cię Boże przed tym, broń!
One obie siebie warte...
Więc najlepiej ty się wzbroń
I z uczuciem idź w zaparte...”
Skończył, lekko roztrzęsiony,
Gdy szok na wylot przenika.
Prosto w oczy me wpatrzony
Wzrokiem schizofrenika.
Wpatrywałem się gdzieś w dal
Bez sensu i bez znaczenia,
I patrzyłem jak ten góral
Usta składa do mówienia,
Ale się powstrzymał w porę
I westchnął, i machnął ręką
Jakby walka z własnym uporem
Życiową była udręką.
Nie wiedziałem co mam rzec,
Co myśleć mam o tych słowach,
Czując się w mdłym blasku świec
Niczym zwierzyna na łowach...
„To jest całkiem niedorzeczne!
Pierwszy raz taką opowieść,
Której wątki sobie sprzeczne
I ich prawdy trudno dowieść,
Słyszę z czyichś ust tak srogo...!
Te dziwaczne zawiłości
Przecież prawdą być nie mogą
I historią twej miłości...! –
Popatrzyłem nań z wyrzutem,
Bo nie chciałem jeszcze wierzyć,
Że historie żalem strute
Może moje serce przeżyć...
„Jeszcze... jeszcze się przekonasz –
Rzekłem jak ojciec synowi –
Że serce ma wielki tonaż,
Którego nic nie przepołowi”.
Teraz ja westchnąłem, po czym
Wypiłem kawę aż do dna,
Przejęty obrazem proroczym,
Że miłość się stanie niemodna...

*

Lecz mimo wszystko musiałem
Postawić na jedną kartę:
Niech miłość wstrząśnie mym ciałem,
Bo cóż bez niej życie jest warte?
Niech wstrząśnie jeszcze mą duszą
I niech mój rozum dopadnie...
Bo jeszcze większą katuszą,
Kiedy gdzieś bokiem przepadnie!
Szedłem na rynek o cudzie,
Tą przepełniony nadzieją,
Nie wiedząc, czy obcy ludzie
Do mnie, czy ze mnie się śmieją...
A Honoratka już stała
Na środku placu poważnie
I pewną chwilę czekała
Cierpliwie tak i odważnie.
Od razu się ukłoniłem
Z kwiaciarnianą hortensją,
Lecz słowa rzec nie zdążyłem,
Bo Honoratka do mnie z pretensją:
„Skąd przyszedłeś tu, Wędrowcze?
Skąd się wziąłeś niespodzianie?
Strojny w kierpce, palto owcze,
Taki chętny na kochanie?
Czemu nie słuchałam, kiedy
Matka grzmiąco ostrzegała?
Gdybym jej słuchała wtedy
To bym się nie zakochała...
A ty serce masz jak ołów:
Ciężkie, twarde oraz strute,
Co wybrało się na połów
I do szpiku jest popsute...” –
Powiedziała z wielkim żalem
Jednym tchem i bez wątpienia...
Lecz się chyba przesłyszałem,
Bom dziwaczne słyszał pienia...
„Czyli jednak też to czujesz? –
Zapytałem prosto, jasno. –
Czemu siebie oszukujesz,
Swoje serce, duszę własną...?”
Honoratka się strwożyła,
Nie wiedziała co rzec na to.
Własnym uszom nie wierzyła,
Minę miała gburowatą.
„Chyba źle mnie usłyszałeś
Albo słyszysz, co chcesz słyszeć.
Pytam: skąd tu przyjechałeś
Zmącić Niemierowa ciszę?
Może z Jankiem masz plan tajny,
Chcecie zniszczyć mnie i matkę?
On tych harców jest zwyczajny...”
Patrząc wciąż na Honoratkę
Nie wierzyłem, że to ona.
Najwidoczniej dała wiarę
I swej matce się przekonać,
Dając mi okrutną karę.
„Cóż się stało, żeś ty taka? –
Zapytałem, kręcąc głową. –
Nagle oschła, gniewna taka?
To za matki twej namową?
Wcześniej miła i przyjazna,
Teraz patrzysz jak na wroga...
Kto miłości twojej zazna,
Skoroś nagle taka sroga?”
Honoratka wzrokiem łypie,
Nie wie czy uciekać, czy nie...
Chce być miła – iskry sypie,
Krew gotuje się w dziewczynie.
„Ja nie będę z takim gburem
Rozmawiała – za nic w świecie!
Bo odziany garniturem,
A pod spodem łachy gniecie!
Nie chcę znać tego człowieka,
Co mnie tłamsi i obraża.
Przyjacielem jest z daleka
I się skrycie przeobraża.
Żegnaj, bądźmy sobie nieznani!
Póki nie znamy obłędu,
Zanim jedno drugie zrani
I nie przyzna się do błędu...”
I odeszła wolnym krokiem.
Ale nim się odwróciła
Zobaczyłem jak pod okiem
Mała łezka się zaszkliła
I na placu sam zostałem.
Chciałem coś zawołać za nią,
Ale zaraz pomyślałem,
Że ją moje słowa zranią
Jeszcze mocniej i dotkliwiej.
Więc odszedłem i ja smutnie,
Zniechęcony i leniwie,
Czując podle się, okrutnie...

*

Janko skrycie się ucieszył
I ramieniem mnie otoczył
Jakby plan złowieszczy przeszył
I się wciąż mu w myślach toczył.
„No, nie smuć się, Apolinary!
To najlepsze rozwiązanie.
Po co byłyby ci swary
I to całe zakochanie?
Jeszcze się zakochasz nie raz...
Wierzyć możesz mi na słowo!
Lecz dość tego! Chodźmy teraz
Zjeść i wypić kawę zdrową!”
I pociągnął mnie uparcie,
Chcąc zamydlić oczy, zmylić.
Lecz mnie te zabiegi czarcie
Otrzeźwiły w jednej chwili:
„Miast się teraz kawą raczyć
Wolę iść i całą sprawę
Na gorąco wytłumaczyć
I zamienić sen na jawę.”
Na te słowa Janko pobladł,
Mruknął sobie coś pod nosem,
Jakbym plan sekretny odgadł
I powiedział grubym głosem:
„To ja daję ci schronienie,
Poczęstunek oraz picie,
A ty takie odpłacenie
Dajesz za uratowane życie?
Tyle, przez lata tułaczki,
Nauczyłeś się wśród dziczy?
I u mej córki-cudaczki
Na jeszcze jeden cud liczysz?
Ach, nie wierzę, że są ludzie
Tak naiwni albo głupi...
Ona po miłosnym trudzie
Twoje serce ukatrupi!
Po to śledzę, po to chodzę
Wciąż za tobą krok za krokiem,
By fantazji twojej wodze
Móc ukrócić bystrym okiem.”
I postukał palcem w skroń,
I uśmiechnął się zuchwale.
Więc wybiegłem w nocy toń,
Nie czekałem dłużej wcale.

*

Była tam, gdzie być miała;
Gdy przybiegłem ulicami,
Ona już na rynku stała
I byliśmy – całkiem sami.
Popatrzyłem na nią pewnie,
Ona na mnie bez wahania
I zaczęła płakać rzewnie,
Taka pełna zakochania.
„Wybacz mi, Apolinary,
Tamte gesty, tamte słowa...
Matka swe rzuciła czary...
Czy uwierzysz mi od nowa?” –
Honoratka mnie spojrzeniem
Obdarzyła pełnym wiary...
Gdy objąłem ją ramieniem
I gdy prysły te złe czary
Wszystko stało się na nowo:
Bicie serca, pewność duszy,
Wspólne myśli, jedno słowo,
Których nikt już nie poruszy...
I splecione razem dłonie
I złączone lekko usta...
Teraz wszystko wspólnie płonie,
Tak spoiły się dwa gusta...
I sam burmistrz tak ogłosił:
„Więc nadeszła wreszcie pora,
Znów zapraszam, jakem prosił,
Dzisiejszego was wieczora
Na zabawę, na radości!
Tylko patrzcie jak ci dwoje
Tak są pewni swej miłości,
Jak padają w jej podwoje!”
Ktoś zakrzyczał pieszczotliwie,
Ktoś zawołał, ktoś się wzruszył...
Księżyc zabłysł migotliwie,
Posrebrzaną wstęgę uszył...

Kto przypuszczał, że się stanie?
Stało się! I to jest fakt.
Tak zupełnie niespodzianie
W sercach zagrał wspólny takt.

Teraz wspólnie, teraz razem
Śnijcie wasze wielkie sny.
Teraz wspólnie, teraz razem
Pamiętając o tym, by:
Złapać wszystkie, wszystkie chwile,
Chociaż nie przeminą stąd.
Sam wiesz które, sam wiesz ile
I że nie przeminą stąd.

Starczy chwilka, a już wiecznie
Ktoś przy tobie będzie wciąż.
Ktoś, przy kim się tak bezpiecznie
Możesz poczuć zawsze, wciąż.

I choć pewnie przyjdzie moment,
Gdy zwątpienie powie dość.
Kiedy spojrzysz tu, w tę stronę,
W jednej chwili minie złość.

I znów wspólnie, i znów razem
Śnić będziecie wielkie sny.
I znów wspólnie, i znów razem,
Pamiętając o tym, by:

Złapać wszystkie, wszystkie chwile,
Chociaż nie przeminą stąd.
Sam wiesz które, sam wiesz ile
I że nie przeminą stąd.

Złapać wszystkie, wszystkie chwile,
Chociaż nie przeminą stąd.
Sam wiesz które, sam wiesz ile
I że nie przeminą stąd...

© WierszykiDlaDzieci.pl | Kontakt