Małgorzata Poręba

Potęga wyobraźni

W pewnym małym mieście, zwanym Książeczkowo,
w którym można było robić to i owo,
żyła sobie Ania, a lat osiem miała.
Pilnie się uczyła, na laptopie grała,
ale była czynność, której nie lubiła.
Jakże biedna Ania przy niej się męczyła!
Mowa o czytaniu. O tej złej czynności,
co ją przyprawiała czasem wręcz o mdłości!
Czy lektura szkolna, czy opowiadanie –
Ania wciąż wołała: „Tylko nie czytanie!
To jest takie nudne! Po co się wysilać?
Lepiej komputerem czas sobie umilać
albo z telefonem spędzić dwie godziny,
niż przewracać kartki. To są jakieś drwiny!”.
Mama oraz tata ręce załamali,
sami bowiem wiele lektur czytywali.
Znali wartość książki, znali jej zalety,
lecz mówiła Ania, że to wszystko… bzdety.
Przyszedł jednak moment, gdy przez panią w szkole
niechętnie musiała nagiąć swoją wolę
i zajść po lekturę wprost do biblioteki.
Szkliste wnet się stały dziewczynki powieki,
nie tyle ze smutku, co raczej ze złości.
Poddenerwowana, zmusiła swe kości,
aby się ruszyły w zakazaną stronę.
Trzymała telefon w dłoni na obronę.
Weszła, a tam cisza. Zlękła wnet się Ania.
„Czy te wszystkie tomy są do przeczytania?”,
pomyślała zaraz, widząc książek tyle.
„Och, to panna Anna? Chyba że się mylę”.
Ania podskoczyła, gdy to usłyszała.
Stała wystraszona i znieruchomiała.
Nagle zza regału wyszedł bibliotekarz.
„Na co, moja droga, gdzieś tam w przejściu czekasz?
– Był już dosyć stary, ale znał każdego,
kto przekroczył progi właśnie miejsca tego. –
Czyżbyś chciała książkę? Bardzo jest mi miło”.
Czułe powitanie Anię dość zdziwiło.
Bliżej wnet podeszła, patrząc ciągle wkoło.
Jak tu było nudno, a jak niewesoło!
Bibliotekarz prędko podał jej tom stary,
poprawiając przy tym swoje okulary.
„Nienawidzisz czytać, chyba się nie mylę?”.
„Skąd pan…?”. „Bez znaczenia. Lepiej bądź przy sile,
gdyż cię wkrótce czeka wspaniała przygoda.
Musisz być gotowa, bo jak nie, to szkoda”.
„Ach, pan o czytaniu mówi, proszę pana?
Ta wielka zachęta jest mi dobrze znana,
ale szczerze wątpię… Cóż, więc do widzenia!”.
Poszła szybko Ania, nie kryjąc znudzenia.
Gdy wieczorem mama poczytać jej chciała,
wcale nie słuchała, udając, że spała.
Mama więc westchnęła i zgasiła światło,
lecz sen do dziewczynki nie mógł przyjść tak łatwo.
Nagle usłyszała: „Puk, puk, jest tam Ania?”.
Tak się wystraszyła, że dość miała spania.
Skryła się pod pościel, lecz ktoś ją odchylił.
Cicho aż krzyknęła: czyżby wzrok ją mylił?
Patrzył na nią skrzacik z dużymi uszami,
w śmiesznym kapeluszu i z okularkami.
„Witaj! Jestem Zubi! – powiedział cieniutko. –
Czas już na przygodę. Tylko bądź cichutko”.
„Ale mama…”. „Mama wcale się nie dowie.
To jest sen” – rzekł Zubi, drapiąc się po głowie.
Ania wnet poczuła zew sennej przygody.
„Prowadź więc!” – uznała, idąc do komody.
Wzięła z niej sweterek w niebieskawe kwiatki,
by się nie przeziębić. Skrzat podciągnął gatki,
po czym, uśmiechnięty, wskazał małe drzwiczki,
które prowadziły do jakiejś uliczki.
Zubi przeszedł prędko, Ania się czołgała,
a gdy wreszcie przeszła i po chwili wstała,
zobaczyła mnóstwo dzieci ze skrzatami,
które to znikały za rożnymi drzwiami
w labiryncie ścieżek, pomiędzy dróżkami,
pośród barwnych świateł i wróżek z różdżkami.
Było tu magicznie oraz kolorowo.
Skrzat raźnie pokiwał swą maleńką głową.
„Jesteś w Świecie Marzeń, droga ma Aneczko!
Dobrze, że przyszedłem tutaj ze swą teczką.
Mam gdzieś zapisane, które drzwi są twoje”.
Ania zawołała: „Moje? Tylko moje?
Tak się bardzo cieszę! Tutaj jest cudownie!
Dokąd drzwi prowadzą?”. Mrugnął skrzat wymownie.
„Każde w inne miejsce, tak by było miło!
Bo wiesz, to zależy…”. Lecz jej już nie było,
gdyż pobiegła Ania znaleźć swoje drzwiczki.
Wkradły się rumieńce wnet na jej policzki,
kiedy zaglądała za drzwi innych dzieci.
Czuła, że z radości w niebo zaraz wzleci!
Zobaczyła łąki, rzeki, pola, lasy,
wszystkie tak bajeczne, wszystkie pełne krasy…
Uwidziała elfy, trolle, nawet smoki,
później chmur i planet oraz gwiazd uroki,
czasem zwykłe miejsca, choć niesamowite,
magią i czarami cudownie spowite.
Czasem też postacie, z jakichś książek chyba:
misio i prosiaczek, gadająca ryba,
śmieszne, rude dziewczę z dwoma warkoczami,
doktor w kapeluszu wraz ze zwierzętami…
Ani było przykro, że ich nie kojarzy.
„Tak ciekawa jestem, co mi się przydarzy…”,
pomyślała sobie, aż doszła do końca,
gdzie nie dochodziły już promyki słońca.
Było tutaj ciemno i dość nieciekawie.
Lecz ciągnęło Anię ku świetnej zabawie.
Już się miała cofnąć, gdy na skrzata wpadła.
Gdy go zobaczyła, troszkę chyba zbladła.
„Wedle moich danych – rzekł niepewnie Zubi –
Tutaj są drzwi twoje. Cóż, no… Co kto lubi…”.
„Co za nimi znajdę?” – Ania się zmartwiła.
„Gdybyś mi już wcześniej skończyć pozwoliła,
to byś usłyszała o drzwiach tajemnicy.
Tak brzmi właśnie sekret tej oto ulicy:
drzwi prowadzą dzieci do niezwykłych światów,
pełnych magii, czarów, stworzeń, pięknych kwiatów,
ale takich z książek, wiesz, z tych opowieści,
w których cała magia w kartkach gdzieś się mieści.
Kiedy sobie czytasz, działa wyobraźnia.
Człowiek z postaciami wnet się zaprzyjaźnia
i chce do nich wracać. Tutaj właśnie może.
Super czytać książki! Aniu… Czy ci gorzej?”.
Ania już wiedziała, co znajdzie za drzwiami.
Weszła mimo wszystko, krocząc między mgłami.
Kilka sekund później stała w pomieszczeniu,
w którym ściany były w szarym, mdłym odcieniu.
Gdzieś leżał telefon, a komputer w rogu.
„Cóż… – wydukał Zubi. – Nie ma wszak wymogu,
aby książki były główną tu przygodą…
Można też podążać za techniczną modą!
Nie jest to nic złego, chyba że w nadmiarze”.
„Ale to nie o tym teraz właśnie marzę!
To mi nie zastąpi pięknych opowieści,
tych bajecznych krain, tych wspaniałych treści! –
oznajmiła Ania, zła na siebie samą. –
Kiedy się obudzę, porozmawiam z mamą.
Trochę mi poczyta, zanim znów tu będę.
Chcę przygodę przeżyć, zatem ją zdobędę!”.
„To mi się podoba! – krzyknął zaraz Zubi. –
Obym tylko drogi do ciebie nie zgubił.
Nawet nie wiesz, ile dzieci jest w kolejce,
ile drzwiczek trzeba dodać w tej alejce…”.
Coś chciał jeszcze skrzacik dodać jej na uszko,
lecz nie usłyszała. Wnet poczuła łóżko.
Co się przydarzyło? Czy faktycznie śniła?
Czy też czasem skrzata sobie nie zmyśliła?
„Aniu, dziś sobota! – mama zawołała. –
I dość późna pora. Czas już, żebyś wstała”.
„Mamo, zaraz, czekaj! – wykrzyknęła Ania. –
Może mi poczytasz? Choćby do śniadania?”.
Jakoś to przeżyję… – tak dodała w duchu.
Mama poklepała zaraz się po uchu,
a gdy zrozumiała, że to nie omamy,
zaraz oznajmiła: „Na co więc czekamy?”.
Tak się zasłuchała Ania w treść lektury,
że nie usłyszała za oknem wichury.
Wyobraźnia piękne wizje podsuwała.
Do wieczora Ania książkę przeczytała.
W nocy przyszedł Zubi, nisko się kłaniając
i znów małe drzwiczki przed nią otwierając.
W nocy tej przeżyła przygód całą masę,
smutna, że w śnie liczyć musiała się z czasem.
A że chciała jeszcze, chciała tylko więcej,
to do biblioteki pobiegła czym prędzej.
„O, dzień dobry! – rzekła do bibliotekarza. –
Wie pan, tak na co dzień to mi się nie zdarza,
lecz już przeczytałam, i to wręcz z pośpiechem!”.
„Jak więc twa przygoda?” – spytał pan z uśmiechem.
„W sensie ta z czytaniem? Czułam się jak w niebie! –
Ania chciała trzymać sekret swój dla siebie. –
Co mi pan poleci poza lekturami?”.
Uraczył ją starzec trzema książeczkami.
Gdy zaś Ania wyszła, zostawiając pana,
rzekł on do Zubiego: „Misja wykonana!”.

© WierszykiDlaDzieci.pl | Kontakt