Wierszyki do czytania Wierszyki do słuchania

Michał Jankowiak

Pies Karambus

Część 1.

Kupiłem córce psa,
Co się na wszystkim zna,
I zamiast wciąż ujadać,
Potrafi z ludźmi gadać,
Gra wieczorami w szachy,
Pomysłów ma po pachy.
Usłyszeć o nim chcesz ?
Niezwykły jest to pies,
On na dwóch łapach chodzi,
Z basetów się wywodzi,
Urodził się w Krakowie,
Karambus- tak się zowie.
Dziś z rana dla przykładu,
Siedział na gadu gadu,
Przeczytał książkę baset,
Co miała stron kilkaset,
Wyrzucił nawet śmieci,
A teraz bawi dzieci.
We wtorek po śniadaniu,
Szedł do mlecznego baru,
Wychlapał mleka szklankę,
Po chwili całą kankę,
Nim kilka razy mlasnął,
Przy stole w końcu zasnął.
W mym domu baset mieszka,
Ma osobowość śmieszka,
Gdy rano wstaje z łóżka,
Wpierw na dywanie uszka,
Dopiero potem cielsko,
Spływa z koca anielsko.
Kulając się do miski,
A jest on bardzo niski,
Pozbiera kurze z ziemi,
Calutki się w nich mieni,
Straszliwie przy tym sapie,
I drapie się i drapie.

Część 2.

Ten pracowity piesek,
Nazbierał kiedyś desek,
Pozbijał nimi budę,
By zabić straszną nudę,
Taką czteropiętrową,
Dziesięciopokojową.
Pośrodku tejże budy,
Nie miały miejsca nudy,
Bywało pełno gości,
Bo mnóstwo jest tu kości,
W oszusta nimi grali,
Co dzień się spotykali.
Pitbull tu niegdyś bawił,
Pies wielki głowa pusta,
Trzynaście kości strawił,
To kawał jest oszusta.
Raz przyszły dwa wilczury,
A, że to mądre psy,
Na wszystkich patrząc z góry,
Wygrały wszystkie gry,
Bywały maltańczyki,
Lecz zamiast kośćmi grać,
Szczerzyły zęby smyki,
By śmiać się głośno, śmiać,
Gościły białe pudle,
Z lokami, aż do ziemi,
Ciągnęły długie nudle,
Z pokoju, aż do sieni.
A kundel ze śmietnika,
Pachnący zgniłą rybą,
Pojawiał się i znikał,
Machając brudną grzywą.
Gdy tu jamniki wpadły,
Skończyły się pomysły,
Kosteczki wszystkie zjadły,
No i pomysły prysły,
Buldog z bokserem w nocy,
Na pięści się pobili,
Oj, wtedy z całej mocy,
Pół budy rozwalili.

Część 3.

W wakacje dla ochłody,
Na rynku jemy lody,
Karambus dzisiaj stawia,
Więc każdy coś zamawia.
Dzieciaki się zleciały,
Co pod fontanną stały.
W sklepiku u Anety ,
Ktoś nabył dwa sorbety,
Dziadunio rudobrody,
Uwielbia lody z wody.
Dziewczynka w sukni w groszki,
Kupiła cztery rożki,
A chłopczyk na rowerze,
Na gałki loda bierze,
Kupuje też kasaty,
Dla mamy i dla taty.
Wtem powstał problem wielki,
Skończyły się świderki,
Pani go rozwiązała,
I włoskie lody dała.
Pod kioskiem zbiegowisko,
Za darmo dzisiaj wszystko,
Dziś pies moi kamraci,
Z własnej kieszeni płaci
On sam by zabić głoda,
Kupił wielkiego loda,
Takiego znad Bałtyku,
W polewie; na patyku,
Gdy zjadł dokupił dwieście,
I krząta się po mieście,
Rozdając dzieciom lody,
Po prostu-dla ochłody.

Część 4.

Poszliśmy raz w niedzielę,
Po mszy na karuzelę,
Karambus pierwszy leci,
Za Karambusem dzieci,
Za dziećmi idę ja,
A za mną córka gna,
Do wagonika pcha się,
„No posuń się grubasie”…
Wagonik na sześć osób,
Pojechać nim nie sposób,
Bo oprócz psa grubasa,
W wagonie ludzi masa;
Jest pani w kapeluszu,
Ubrana w suknię z pluszu.
I pan z kiełbasą w dłoni,
Swą łapą muchę goni,
Dwaj bracia w rogu siedzą,
Orzeszki sobie jedzą,
Najgorsze jest w tym to,
Że, jest tam kotów sto…
Diabelski młyn się kręci,
Chichrają się klienci,
A w naszym wagoniku,
Problemów jest bez liku,
Koty, chcą zjeść kiełbasę,
Na pana, każdy pcha się,
Brat jeden wymiotuje,
Drugi orzechem pluje,
Pluszowa dama płacze,
A pies Karambus skacze,
Ja z moją córką w strachu,
„Urwiemy się od dachu”?
Trwaliśmy tak chwil wiele,
Może całą niedzielę,
Koty, powypadały,
Ze strachu nogę dały,
Nareszcie skrzypi draństwo,,,
„Wysiadać drodzy Państwo”

Część 5.

Mój pies jest bardzo chory,
Ma pod oczami wory,
Połowa cielska w budzie,
A druga w błocie-ludzie !!!
„Zadzwońcie po doktora,
Bo bardzo późna pora”...
Jedziemy do szpitala,
Testament pies ustala,
„Chłopaki umierają,
Nawet gdy grypę mają”.
Już na kozetce leży,
I szczerze; zęby szczerzy,
Na salę weszła siostra,
W jej dłoni igła ostra,
A w drugiej tkwi strzykawka,
Wtem psa dopadła czkawka,
„Nie oddam tanio skóry”,
Powbijam swe pazury,
Każdemu kto mnie tyknie”,
I jak na łeb nie fiknie,
Karambus dostał szału,
Rozkręca się pomału,
Uwaga! rozbieg bierze,
I głową bach, nie wierzę,
Rozbite szklane szafki,
Na ziemi trzy strzykawki,
Ampułki z tabletkami,
Turlają się po sali,
Kozetka wywrócona,
Karambus chyba kona!
Pan doktor wpadł na salę,
Ten ma się za mądralę,
Chce złapać mego psa,
Lecz on na okno gna,
Kucnął na parapecie,
A tam, już chyba wiecie,
Popatrzył tylko w tył,
A, że to parter był,
Hop, na trawniku siedzi,
I trzęsie się i biedzi,
Podbiegłem więc do niego,
Do pieska kochanego,
Za uszkiem już go drapie,
On sapie cicho, sapie.

Część 6.

Jedziemy autobusem,
Ja, z moim Karambusem,,,
A wewnątrz ogół ludzi,
Pod nosem coś marudzi.
Kierowca jest wesoły,
Bo jedzie prawie goły,
Każdy na niego zerka.
Zapomniał pulowerka.
Jest kilku małych drani,
Co; nieco starszej pani,
Miejsca nie ustępują,
I na podłogę plują.
Mój pies się zdenerwował,
Pazury, co je chował,
Najeżył, no i warczy,
A chłopcy; ”Dobra starczy”,
Swe miejsca pozwalniali,
I na przystanku zwiali.
Nagle wrzask, w tym nieładzie,
„Kontroler na pokładzie” !!!
Pan na gapę strasznie pcha się,
Łokciem szturchnął panią Basię,
Zdenerwował mego psa,
Który już za panem gna,
Psa wzięło na głupoty,
Potargał mu galoty,
Policja przyszła wreszcie,
Zamknęła go w areszcie.
Karambus w wielkim tłumie,
Wypatrzył piękną sunię,
Kokardka na ogonie,
Mój pies z miłości płonie,
A ona kątem oka,
Ujrzała swego smoka,
I macha tym ogonem,
Myśląc, że jest on Słoniem,
Największym, najsilniejszym,
Noo,,, takim najpiękniejszym.
Spotkali w tłumie siebie,
Niczym w niebeskim niebie,
Jak kręciłby globusem,
Płynęli autobusem,
Od przystanku po przystanek,
Aż, pochłonął ich poranek.

Część 7.

Karambus jest dziś zły,
Pogryzły go trzy pchły,
Byliśmy na spacerze,
A tam, ja sam nie wierzę,
Za kotem wskoczył w krzaki,
Wytargał go za fraki,
Po trawie się kulali,
Nim bliżej się poznali,
A pchły tylko czekały,
Do kudłów się przyssały.
Pies drapie się pomału.
I wrzeszczy auuu, auuu !
Kupiłem mu w aptece,
Spray, noo taki wiecie,
Co pchły zabija w mig,
Rozpylam go; psik, psik.
Patrzę na datę; rany,
Płyn przeterminowany,
Mój pies okropnie sapie,
I drapie się i drapie,
Na ciele opuchlizna,
A w głowie psa; wścieklizna !!
Gdy ujrzał znowu kota,
Dopadła go głupota,
Pobiegli razem w lewo,
Skaczą z drzewa na drzewo,
Wpadł kot na pomysł taki,
„Upolujemy ptaki”,,
Zaczęła się zabawa,
Kot skacze a pies…trawa,
I zamiast schwytać ptaka,
Pies w łapach ma robaka.
A kot w pazurach trzyma,
Kruka, ptaka olbrzyma,
Ten wielki czarny ptaszek
Kotka; porwał na daszek,
Dzieciaki krzyczą: „Nie!
Kto kogo teraz zje” ?

Część 8.

Idziemy na zakupy,
Dokupić coś do zupy,
Karambus torbę niesie,
W zębach; że jemu chce się?
Jesteśmy już w markecie,
A tam, no przecież wiecie…
Tysiące ludzi, tłumy,
I wszyscy jakby z gumy,
Każdy na siebie pcha się,
Lecz dalej idą; da się?
Mój pies jest grzeczny dziś,
Potulny niczym miś,
Ustąpił miejsca damie,
Ktoś w tłumie krzyknął:” chamie”!
„Noo; tego już za wiele”,
Z psich nozdrzy wicher wieje,
I wyje i ujada,
Pogryzie zaraz dziada,
„Dziad jeden gada bzdury,
Nauczę go kultury”
Po sklepie się gonili,
Regały wywrócili,
Na ziemi pełno puszek,
Pękniętych sto paczuszek,
Drobinek po butelkach,
Tysiące na kafelkach,
Spieniona oranżada,
Tak okleiła dziada,
Że ruszać się nie może,
A z dziadem muchy; Boże!!!
Zleciały się ze sklepu,
I kleją się do lepu,
A jest tych much miliony,
I lepią się jak glony,
Porwały w końcu dziada,
Oj biada mu, oj biada,
Za fraki go chwyciły
Ze sklepu wyrzuciły,
A psu błyszczą zębicha,
Ze śmiechu głośno prycha.

Część 9.

Lecimy samolotem,
Ja, córka i pies z kotem,
A z nami pełno dzieci,
Czy pilot z nami leci?
Pilota, tutaj nie ma,
Karambus wita; „siema”!
Pies za sterami siedzi,
Coś tam pod nosem bredzi.
„Spieszymy do Afryki,
Zobaczyć ten kraj dziki”.
Po starcie pół godziny,
Gdy wszyscy się znudzili,
Karambus dla zabawy,
Wyłączył silnik prawy,
„Ratujcie się kto może,
Samolot spada w morze”!
Na plecach spadochrony,
Pędzimy w dół jak wrony,
Na drzewach lądujemy,
I głośno się śmiejemy,
Kot patrzy się spod byka,
„Na pewno to Afryka”?
Bo stoi pośród drzew,
Ogromny; silny lew,
Ponadto cztery lamy,
I trzy hipopotamy,
Pluskają się w kałuży,
To coś dziwnego wróży…
Karambus ujrzał dzika,,,
„To Zoo a nie Afryka” !!!
Spojrzał w lewo, stado koni,
Więc za końmi pędem goni.
Wskoczył pies na konia grzbiet,
Tuż, za psem ma córka wnet,
Za mą córką pędzę ja,
A za nami wszystko gna….
Oszalało cale zoo,
Zwierząt biegnie ponad sto,
Mkną żyrafy, misie też,
Tuż za nimi biegnie jeż,
Małpy skaczą hopsasa,
Przegoniły nawet psa,
Nosorożce drogę gną,
Tuż za nimi słonie prą.
Kot otworzył klatek sto,
Uwalniając ptaki z zoo,
Nagle brama, wszyscy stop!
Stoją sztywno, niczym mop,
Pies Karambus jest tu też,
A, że jest to dziki zwierz,
W jednej chwili kłódkę zgryzł,
I więzienia klimat prysł

cdn.

© WierszykiDlaDzieci.pl | Kontakt