Michał Jankowiak

Baśń o Trolinku

WSTĘP

Drogie dzieci; straszne historie lubicie.
Ta... zdarzyła się naprawdę, uwierzycie ?
To opowieść o Trolinku, leśnym stworku,
Co mieszka od zawsze, w trolinkowym domku.
Domek ten stoi,w turkusowym lesie,
Wokół cisza, echo szept drzew niesie.
Sciany domku, z kasztanowych łupinek,
Dach z mchu, a nad nim stary kominek.
A nasz bohater; jest taki malusieńki,
Zielony jak mech i cały mięciusieńki.
Sweterek utkany ma z pajęczej sieci,
Butki, z tego co z wiatrem z drzewa zleci.
Na głowie nosi, żołędziowy kapelusik,
Zamiast szalika, ma niebieski obrusik.
Odważny i zawsze uśmiechnięty,
A do tego uparty i niezwykle zawzięty.
Pewnego popołudnia, gdy słońce było nisko,
Nie myśląc zbytnio, zabrał z domu wszystko.
Wszystko co potrzebne, do długiej wyprawy,
W góry tak wysoko, gdzie nie rosna trawy...
Wziął zaczarowany gwizdek,co na pomoc wzywa,
Wszystko to co w lesie, magią się nazywa.
Wyruszył w drogę, do martwego jeziora,
gdzie jak niesie plotka, mieszka gniewna zmora.
Mieszka tam już prawie, tysiąc lat lub więcej,
I nie jest człowiekiem, ani też zwierzęciem.
Zwinna jest pod wodą, niczym ośmiornica,
Jak wilk sprytna w lesie, imię jej Zmornica!.
Każdy kto ją widział, choćby jeden raz,
Obrócił się w kamień, na calutki czas.
Ongiś odwiedziła, magiczną krainę,
Przemieniła w głazy, calutką rodzinę.
I biedny Trolinek, został sam na Świecie
Żyć samemu trudno, pewnie już to wiecie.

PAJĘCZA JAMA

Idzie wciąż i idzie, nasz Trolinek mały,
Minął las zielony, tam napotkał skały.
W ziemi wśród kamieni, świeci wielka dziura,
Wskoczył weń odważnie,jak ptak zrobił nura.
Przymknął mocno oczy, leci w dół i leci,
Nie minęła chwila, tkwi w pajęczej sieci.
Utkał ją przed laty, pająk pięciogłowy,
Ozdabiając pierzem, z gniazda złotej sowy.
Lepi się i klei, pajęczyna złota,
A Trolinek skacze,rzuca się i miota.
Nagle ktoś przemówił,niskim barytonem,
Bardzo ciężkim głosem,jakby był potworem.
W każdej z pięciu dziur, wielkiej pajęczarni,
Świeci mroczna głowa, jak w starej latarni.
Witaj przyjacielu,oświadczyły głowy,
Nie znam Ciebie wcale ,jesteś tutaj nowy.
Mam trudne zadanie , dziś uwolnię ciebie,
Jeśli pięć zagadek, rozwiążesz od siebie.
Pierwsza głowa pyta, "kogo są te głowy" ?
"Właściciel jest jeden,pająk pięciogłowy".
Odpowiedział śmiało, na dalsze pytania,
Jeszcze tylko jedno i koniec zadania.
Piąta głowa wreszcie; powiedziała "mam,
Która z nas mądrzejsza, co odpowiesz nam" ?
Trolinek podrapał, mocno się po głowie,
To zadanie trudne, zaraz im odpowie.
Każda z was jest mądra, lotna,błyskotliwa,
Lecz owe żądanie , rzecz niesprawiedliwa.
Należycie przeto, do jednego pana,
Na to głowy znikły, rzecz to niesłychana.
Sieć pajęcza w trok napięta, z całej mocy,
Wystrzeliła hen Trolinka, niczym z procy.
Przymknął mocno oczy; leci w górę leci,
Osiadł w zagajniku, pośród leśnych śmieci.
Wokół liście i igliwie, oraz sznurek złoty,
Był to prezent od pająka, dziś pełnego cnoty.

ZAKLĘTY LAS

Poszedł nasz bohater, w dalszą swą przygodę,
Niósł ze sobą szczęście i piękną pogodę.
Lecz gdy dotarł, na skraj leśnej dróżki,
Skamieniały nagle, jego małe nóżki.
Usiadł więc na wielkim, obłym kamieniu,
Ten przemówił głosem, ku jego zdziwieniu.
"Usiądź proszę, rozgość się na mym brzuchu,
Smutno mi bo tkwię tu, tysiąc lat bez ruchu".
Zadał sobie w myślach,Trolinek pytanie,
"Cóż to za czary,,, co się teraz stanie"?
Nie zdążył pomyśleć, a odpowiedź tuż,
Na kamieniu napis; więc przeczytał już.
"Takich jak ja tutaj, w lesie jest bez liku,
Zaklętych w kamieniach, w każdym zagajniku.
Jeśli masz odwagę,zmorę przywiedź w las,
Zdejmij złe zaklęcia i odczaruj nas.
Przyjrzał się dokładnie, bo podpis malutki,
i odczytał słowa; leśne jeżoludki...
Uratować wszystkich, nie lada zadanie,
Ale dla trolinka, brzmi to jak wyzwanie.
Ruszył więc Trolinek, aby minąć las,
W lesie jak to w lesie, szybko biegnie czas.
Wszystko poszarzało, spadł na ziemię deszcz,
Spod każdej paproci, wylazł ziemny kleszcz.
Zamiast leśnej dróżki, płynie błotna rzeka,
Przed złymi kleszczami, Trolinek ucieka.
Nóżki toną w błocie, zamiast biec ustają,
Kleszcze coraz bliżej, już go prawie mają.
Wydobył z kieszeni, sznur pajęczynowy,
Co mu podarował, pająk pięciogłowy.
Rzucił nim o gałąź, jakby z bicza trzasł,
Chwycił mocno sznurek i na kłodę wlazł.
Wdrapał się nareszcie, na ogromne drzewo,
Wspiął się tak wysoko,pod samiutkie niebo.
Przy samej koronie, znalazł piękny kwiat,
Wsunął się do niego, zapadł w senny świat.

ŁĄKA DZBANECZNIKÓW

O rześkim poranku, tuż po wschodzie słońca,
Ruszył na wyprawę, której nie ma końca.
Idzie wciąż i idzie ,doszedł na kraj lasu,
Przed nim piękna łąka; tętni od hałasu !!!
Wszystkie kwiaty wokół, gwarno rozmawiają,
Pszczoły i motyle, nad nimi fruwają...
Mrówki biegną sznurkiem, pomiędzy grzybami,
Żuki toczą kule, silnymi łapkami.
Ślimak i dżdżownica, salsę tańczą zgrabnie,
Konik polny skacze,salto robi ładnie.
Pomimo ryzyka, wszedł Trolinek mały,
W dzbaneczników stado,znikł pod nimi cały.
Jak mówiły ptaki i jak niesie wieść,
Kwiaty te potwory,lubią mięso jeść.
Myślą sobie myszy, przyczajone w norze,
"Zginie biedaczyna, nic mu nie pomoże".
Każdy kwiat jest głodny,ślinka z buzi kapie,
Zaraz zje Trolinka, gdy go tylko złapie.
Wpadł w końcu nieboga, w sidła chciwej trupy,
Teraz się gotuje, w dzbanie pełnym zupy.
Dwoi się i troi ,słaby i gorący,
Nic nie może zrobić,dzban jak stal parzący.
I pomyślał wtedy ,"gwizdek przecież mam,
Z werwą w niego dmuchnę,znak tajemny dam".
Usłyszały dźwięki, gwizdka przemocnego,
Wszystkie żywe liście, drzewa magicznego.
Zerwały się nagle, tworząc wielką kiść,
Mkną jak ptak po niebie, by na pomoc iść.
W ciągu paru chwil liści żywe chmury,
Wyrwały Trolinka, z palącej tortury.
Przeniosły go prędko, nie wiadomo jak,
Tam gdzie rośnie wszędzie, purpurowy mak.
Są tam także krzaki, pełne tłustych malin,
krzewy; na nich bezlik,koralowych kalin.
Fruwa tu na wietrze, pyłek karminowy,
Maki go zmieniają, w kisiel malinowy.
Najedz się Trolinku, najedz się do syta,
Bo przed Tobą droga, wybojem uszyta.
Tuż za kwietną łąką, o zapachu ziół,
Odkrył w srebrnym piachu, wygrzebany dół.
Siedzą w nim dwie traszki i mała jaszczurka,
Wszystkie skamieniałe, jak martwa figurka.
Pewnie gniewna zmora, tutaj też trafiła,
I wszystko co żywe, w kamień przemieniła.

PUSTYNIA ŁEZ

Teraz przed Trolinkiem, po horyzont kres,
ciągnie się bez końca, pstra "Pustynia Łez"
Wszędzie zamiast piachu,topazowa sól,
Piecze mocno w oczy, sprawia ostry ból.
Przez zaszklone ślepia, jak fatamorgana,
Jawi się w oddali, rubinowa plama.
Pobiegł więc Trolinek, z wielkim animuszem,
Spotkał muchomora, z obłym kapeluszem.
Oparł się o nogę, ogromnego grzyba,
Schował się przed słońcem, bo tu chłodno chyba.
Wtem muchomor piegowaty, zgiął się w pół,
Opuszczając swój kapelusz, przenikliwie w dół.
Znalazł się Trolinek, w perłowym więzieniu,
Usiadł i zapłakał, na zimnym kamieniu.
Łez nie widać końca ,płynie cała rzeka,
Grzyb otwarł kapelusz, myśli "eureka...
Łzy twe wielce słone, niczym piach pustyni,
Każda na policzku ,wolnym cię uczyni.
Szukasz gniewnej zmory, idź korytem rzeki,
Która z łez wyschnięta, ciekła tu przez wieki.
Lecz gdy będziesz szedł, nie patrzaj za siebie,
Mieszka tutaj skorpion, i czyha na Ciebie".
Puścił się tą drogą,wszędzie solne głazy,
Minął kilkadziesiąt ,ujrzał dziwne włazy.
Otwarł jeden bo ciekawość, nie dała mu żyć,
Wewnątrz ciemno, cisza wszędzie; nie było tam nic.
Spojrzał wstecz Trolinek,właz otwarł się cały,
Wyszedł groźny skorpion ,biegnie krusząc skały.
Szczypce już napięte,kolec naostrzony,
W miejscu tkwi Trolinek,płacze utrapiony.
Łez nie widać końca, cała rzeka płynie,
Porwał prąd skorpiona,lada moment zginie.
Został po skorpionie,tylko ciemny cień,
I leżący w piachu, naostrzony cierń.
Ukrył go Trolinek, w maciupkiej kieszeni,
Jego tęga moc, sprawia że się mieni.
Spękana pustynia,skwierczy solna rafa,
Drepcze nią Trolinek,i ogonkiem macha.
Opadł ze swych sił,w głowie mu się kręci,
Już ma paść na ziemię, już go myśl ta nęci.
Wtem usłyszał głos,pustynnego ducha,
Ratuj się Trolinku, niech gwizdek zadmucha.
Świszczy po pustkowiu, fiuka z całej mocy,
Aż tęczowy motyl,przybył ku pomocy.
Dosiadł go Trolinek ,fruwają po niebie,
Dokąd teraz mkną, nikt na świecie nie wie.

TĘCZOWE CHMURY

Wleciał wraz z motylem, w kolorowe chmury,
Teraz cały świat, obserwują z góry.
"Muszę Cię zostawić, w tej barwnej krainie,
przygód tu bezliku, żadna Cię nie minie".
Motyl odlatując, słowa te powiedział,
Gdy trolinek w chmurze, cichuteńko siedział.
Chmurka taka miękka,zasnął w niej głęboko,
Siedział przy nim chmurzak, gdy otworzył oko.
"Witaj przyjacielu", ciepło go powitał,
"Cóż to za areał", szeptem go zapytał.
"Ach Trolinku mały,jesteś przecież w niebie,
Całyś kolorowy,tylko spójrz na siebie".
Razem z chmurzakami, setki ich ja ręczę
udał się Trolinek, na podniebną tęczę.
Wszyscy z niej zjeżdżają,jak po turmalinie,
i na chmurze skaczą,jak na trampolinie.
Wskoczył w nią trolinek,teraz z nimi skacze,
Buja gdzieś w obłokach nawet już nie płacze.
"Chodź Trolinku do nas" ,mówi chmurzak rad,
"Jest tu gaj bajkowy i baśniowy sad.
Tutaj jemy lody, z polewą deszczową,
Gwiezdną leguminę i watę cukrową".
Gdy siedzieli wszyscy,na tęczowej chmurze,
Chmurzak wzniecił wokół, wielobarwną burzę.
Lśniące fajerwerki, na niebie strzelają,
Pioruny serpentyn, iskrząc w dół spadają.
Wtem Trolinek sprytnie,wdrapał się po łunie,
Na promieniach słońca,zagrał jak na strunie.
Każdy teraz tańczy i muzyki słucha,
Która mozaikowo,wpada im do ucha.
Po zachodzie słońca,gdy zgasły promyki,
Poszły spać chmurzaki,skończyły się triki.
Trolinek nie zasnął,myśli;"Mam zadanie,
Wezmę chmurę w proszku,burzę we władanie"
Wdrapał się po tęczy, ponad wszystkie chmury,
Doszedł na skraj nieba,aż do czarnej dziury.
Wskoczył weń odważnie,wszystko wokół świeci,
Niczym na zjeżdżalni,ślizga się nie leci.
Jak w kalejdoskopie,cały świat migota
Nagle koniec drogi,gapa wpadł do błota.

LAZUROWE BAGNA

Wylądował w bagnie,które nic nie jadło,
Tonie w mule cały,połknie go mokradło.
Wessało Trolinka,stare trzęsawisko,
Wciągnie go po szyję, strawi go jak wszystko.
Wyłuskał z kieszeni, sznur pajęczynowy,
Ten co dał mu kiedyś, pająk pięciogłowy.
Strzelił nim o gałąź,jakby z bicza trzasł,
Chwycił mocno sznurek i na kłodę wlazł.
Nim zdążył pomyśleć,konar się poruszył,
Stał na wielkim wężu,który w drogę ruszył.
"Witaj mały druhu" ;wąż przemówił cicho,
"W bagnach lazurowych, czai się złe licho.
Usiądź na mym grzbiecie,popełzniemy w dal,
W lazurowe bagna, na tajemny bal".
Rozsiadł się Trolinek, na wężowej skórze,
A wąż jak to wąż,podły w swej naturze.
Porwał go i lezie, poprzez ciemny jar,
Gdzie lśniących storczyków,jaśniejący czar.
Kwiaty mówią szeptem, cicho, cichuteńko,
"Uciekaj Trolinku ,ratuj się duszeńko,
Życie Ci niemiłe ? gad ma złe zamiary,
Nogi bierz za pas,nie wierz w jego czary".
Ocknął się Trolinek,wysupłał z kieszeni,
kolec od skorpiona,wbił go wprost do ziemi.
Mszar poczerniał w sztok,skamieniałoniemowa,
Wąż zaklęty w skałę,zło przed światem chowa.
A storczyki szeptem, cicho, cichuteńko,
"Ty pomogłeś nam, My Tobie duszeńko".
Wtem świetliki błyszczą,cały jar jaśnieje,
Wąwóz życiem tętni,świat kolorowieje.
Magią pachnie aura,krążą elfy wkoło,
Skrzy się pyłkiem trawa,wszędzie jest wesoło.
Kwiaty megafony, nutki uwalniają,
A polne kucyki, na gitarach grają.
Każdy kto żyw tańczy, pląsa też Trolinek,
Usiadł na storczyku,mały cherubinek.
Kwiat do niego szeptem,cicho cichuteńko,
"Kołysz się i zaśnij, maleńka duszeńko,
Gdy otworzysz oczka,będziesz już daleko,
Za ogromną górą i rozwlekłą rzeką".

JEZIORO MGIEŁ

Zbudziła Trolinka, hucząc; cisza głucha,
Dudniąc jak dzwon stary, od ucha do ucha.
Zerwał się na nogi, rozpostarł źrenice,
Ujrzał poprzez mrok, jeziora granicę.
Zbliżył się nieśmiale, stopą wody musnął,
Cisnął kamyk w otchłań, ten; nawet nie plusnął.
Chwil minęło kilka, rozpostarła mgła,
Minęło chwil wiele, cisza dalej trwa.
Jezioro jak książka, rozwarło się wpół,
Ukazując ścieżkę, prowadzącą w dół.
Nie myśląc zbyt wiele, zszedł w podwodny świat,
Gdzie panuje cisza, od milionów lat.
Tuż za taflą wody, każdy kto żyw śpi,
Jak grób milczą ryby, zalew chłodem śni.
Cały wodny las, dawno juz skamieniał,
A glonojad stary co go strzegł, oniemiał.
Tu kamienna krypta, i przeklęte wszystko,
To zmornicy dom, stare cmentarzysko.
Gdy Trolinek stąpął, po jeziora dnie,
Usłyszał zmornicę, chrapiącą we śnie.
Wtem skrzypienia dźwięk, krypta uchylona,
Zewsząd bucha smród,to szkaradna zmora.
"Czekam tu na Ciebie,tysiąc lat lub więcej,
Nie jestem człowiekiem, ani też zwierzęciem.
Każdy kto mnie widział, choćby jeden raz,
przemienił się w kamień, na calutki czas".
Raptem cała woda, jeziorowa zjawa,
Porwała Trolinka, wściekła niczym lawa.
Topi się nieborak, a Zmornica w śmiech,
"Jako martwy kamień, wydasz trupi dech".
Opadł na dno ścierpły, wśród topielców leży,
Gdzie najgłębsza cisza, pęta swoje szerzy.
"Ocknij się Trolinku, niech gwizdek zadmucha",
Wrzasnął z całej mocy, chochlik mu do ucha.
Zerwał się na nogi, życie swe ratuje,
Resztką tlenu z płuc, mocą w gwizdek duje.
Usłyszały dźwięki, gwizdka magicznego,
Wszystkie żywe liście, drzewa czarownego .
Pędem się zerwały, tworząc wielką kiść,
Mkną jak ptak po niebie, by na pomoc iść.
Liści wielka chmara, teraz w dół pikuje,
I jak kamień w wodę, głęboko nurkuje.
W jeziorowej głębi, burza rozszalała,
W to co było martwym, nowe życie wlała.
Wszystkie żywe stwory, kryptę oblepiły,
Ponury sarkofag, ciepłem otuliły.
Wzburzona Zmornica, z grobu wyskoczyła,
Wściekła niczym osa, ambaras zrobiła.
"Co tu jest u licha, co się tutaj dzieje,
Śmiechem świat zaklinam, niechaj skamienieje"
Śmiej się śmiej zmornico, ale sama z siebie,
Twe zaklęcia gasną, topisz się w swym gniewie.
Pewnie rzekł Trolinek, po czym w gwizdek dmuchnął,
Liści czar magiczny,na zmornicę buchnął.
Zmornica w te pędy, wskoczyła do krypty,
"Uciekła na zamek !!!", słychać wodne szepty.

ZMYŚLONY OCEAN

Nie myśląc za wiele, Trolinek tam wlazł,
Kryptę czerń zalewa, tu blask światła zgasł.
Kolec po skorpionie, wydobył z kieszeni,
Jego tęga moc, sprawia że się mieni.
Krypta oświetlona, a zmornicy brak,
Na dnie katakumby, statku zgniły wrak.
A w nim ze sto okien, starych i zbutwiałych,
I dziesiątki drzwi, zgniłych i zmurszałych.
Żagle potargane i spruchniały maszt,
Reja a pod reją , zzieleniały laszt,
Kadłub jak szkieletor ,żebra zapleśniałe,
Dwie pirackie flagi, dawno już sparciałe.
Po dziurawych schodach, na obślizły pokład,
Dostał się Trolinek, tam wszystkiego rozkład,
Pełno zardzewiałych; haków, lin,łańcuchów,
Słychac dookoła, śpiew pirackich duchów.
Wdrapał się na mostek, dłońmi chwycił ster,
Statek się poruszył, zewsząd biegnie szmer.
Nagle trzask, zgrzytanie, krypta pękła w pół,
Jazgot, łomotanie, krypa pędzi w dół.
Poprzez ściany jaskiń, męty korytarzy,
Gna jak trzpiot na oślep, co się teraz zdarzy?
"Pewno się rozbije, w drobny mak roztrzaska",
Pirat paląc fajkę, śmieje się i mlaska.
Niby ptak na niebie,okręt teraz leci,
Wpadł do oceanu i jak księżyc świeci.
"Chodźcie tutaj do mnie, druhowie piraci,
Poznaj ich Trolinku, to moi kamraci.
Musisz wiedzieć jedno, statek nasz to zjawa,
Jawi się i znika, ni to baśń ni jawa.
Po zachodzie słońca, w morze wypływamy,
Tuż po jego wschodzie, w lochach się chowamy.
Twą odwagę mały, pirat wynagrodzi,
Będziesz kapitanem, tej przeklętej łodzi".
Gdy już się znaleźli, na otwartym morzu,
Ktoś z ptasiego gniazda, wrzeszczy; okręt wodzu,
Dwoi się i troi, załoga korsarzy,
Palą się do bitwy, każdy o niej marzy.
Pomiędzy żebrami, lufy armat sterczą,
Zieją wściekle ogniem, i kulami dręczą.
Każdy martwy upiór, szpady swej dobywa,
I sztyletem macha, szablą poigrywa.
Już abordaż blisko,walki smak tuż tuż.
Wrogi okręt zniknął, gdzieś na skraju mórz.
Pirat do Trolinka, "nasz świat; to widziadło,
Co niejedną duszę, bezpowrotnie skradło.
Rychło stąd uciekaj, nogi bierz za pas,
Wysiądź na tej wyspie, i uciekaj w las.

WYSPA STRACHU

Po drewnianym trapie, sunie rachu ciachu,
Znalazł się na plaży, na ognistym piachu.
Pełno tu kamyczków, błyszczących muszelek,
Maleńkich korali, suchych jak papierek.
Co Trolinek chwyta, do maleńkich dłoni,
Znika bezpowrotnie, szkli jak lód i szroni.
"Dziwnie tu"; pomyślał, "ale w las uciekać ?
To nie w moim stylu, wolę tu poczekać",
Z nagła cały piasek, topi się; rozpływa,
Jakby galaretka; trzęsie,drży, porywa,
Ssie jak gąbka wszystko, wchłonąć chce Trolinka,
Ugrzązł już po pas ,miota się drobinka.
Wtem zamarza wszystko, plaża lodem staje,
Biedak tu zastygnie, soplem pozostanie.
W ciszy gnuśny głos, pirackiego ducha,
Ocknąć chce Trolinka,szepcze mu do ucha.
"Wstawaj, uwierz w siebie, rozsyp chmurę w proszku,
Niech przemieni lód, w brzeg barwnego groszku".
Pyłek trzyma w dłoni, sypie nim wesoło,
Piętrzy się burzliwie, cała plaża wkoło.
Wypluło Trolinka, morskie grzęzawisko,
Cały lód topnieje, by uwolnić wszystko.
Z żółwich tycich jaj, których tu bez liku,
klują się żółwiki, skaczą fiku miku.
Teraz morskie zółwie, jest ich tu tysiące,
Biegają po plaży, gdzie fale pieniące.
Rozbijają wodę, tworząc baloniki,
Świecą w nich meduzy i pławikoniki.
Zewsząd otoczony, Trolinek żółwiami;
Wrzeszczą w niebogłosy, "On zostanie z nami.
Będzie naszym władcą, wielkim żółwim królem",
"Ależ ja nie mogę", odparł z wielkim bólem.
Wziął się w garść Trolinek, czas uciekać w las,
czmychnąć jak najprędzej, nogi brać za pas.
Dzikie trawy morskie, glony, wodorosty
Piętrzą się na plaży ,tworząc żywe mosty.
Mosty sięgające, aż na klifu szczyt,
Tam gdzie wzrok nie sięga, gdzie nie doszedł nikt.
Wdrapał się po tykwach, jest na skraju lasu,
Słychać wycie, skowyt; pełen las chałasu,
Czmychnął gdzieś na oślep, upadł na polanie,
Mroczna cisza wokół, co się teraz stanie?

DIAMENTOWY WULKAN

Poczuł na swej szyi, miluchne głaskanie,
Złowił swoim uchem , dzikie psie sapanie.
Rzucił wzrok za siebie, ujrzał psa olbrzyma,
Kundla kudłatego, z wielkimi uszyma.
Metrów ze czterdzieści, głowa tuż pod chmurą,
Czuje się Trolinek, jak pod tęgą górą.
Zimnym wilgnym nosem, psisko obwąchuje,
Sapie przy tym mocno, z nozdrzy wiater duje.
Twarz Trolinka liże, obślizgłym jęzorem,
Pokazał zębicha, machając ogonem.
Zerknął w straszne oczy, "Czego piesku chcesz?,
Będziesz tak się gapił; a może mnie zjesz"?
Pies potulnie odrzekł, "Jestem tu mój Panie,
Służyć Ci pokornie, to moje zadanie,
Wyspa ta pułapka, wiele istnień skradła
Kto już raz tu wysiadł, tego w końcu zjadła.
Byli tu piraci, każdy żywym ciałem,
Wszyscy poznikali, tylko ja ostałem.
Usiądź na nosisku, trzymaj się za wąsy,
Pora stąd uciekać, to nie czas na dąsy".
Jest na środku wyspy, wulkan diamentowy,
W nim ogromny krater, w nocy smok gazowy.
Trujące opary, wiszą nad drzewami,
Wyspa łapie oddech, parska nad brzegami.
" Przed zachodem słońca, ukryć się musimy,
Schować gdzieś pod ziemią, bo się udusimy".
Stoją nad kraterem, w którym kipą dymy,
Spytał psa Trolinek, "Czemu tu sterczymy"?
"Oto wyjście z wyspy, wrota do wolności,
Skacz nie bacząc na nic, użyj swej śmiałosci".
"Wiesz; kudłaty psiaku, nie zostawię Ciebie,
Razem stąd czmychniemy, jak ptaki na niebie".
Wbił Trolinek w skałę, kolec od skorpiona,
Krater pęka wpół, i o pomoc woła.
Trzęsie się straszliwie, wyspa ogniem zieje,
I ze wszytskich stron, wiatr zniszczenia wieje.
Wziął magiczny gwizdek, teraz w niego dmucha,
Dzwięk skacze po świecie ,od ucha do ucha.
Usłyszały dźwięki, gwizdka niezwykłego,
Wszystkie żywe liście, drzewa tajemnego.
Pędem się zerwały, tworząc wielką kiść,
Szybują po niebie, by na pomoc iść.
Wykradły Trolinka i kundla wielkiego,
Pędzą w głąb krateru, w czeluść nieznanego.


cdn.

© WierszykiDlaDzieci.pl | Kontakt