Wierszyki do słuchania Wierszyki do czytania Autorzy wierszy

Paweł Gołuch

Smoczy Kamień

Część III. Rzeźba

Kilka kruków błyskawicznie
Opuściło dach dzwonnicy,
Kiedy okrzyk Karoliny
Huknął pośród ścian kaplicy.

Ona sama stała w progu,
U stóp mając rozsypany
Bukiet świeżych, polnych kwiatów,
Pośród ruin nazbieranych.

Gdy umilkło echo wrzasku,
Który brzmiał jak strzał z bombardy,
Powiedziała znacznie ciszej,
Głosem niby kamień twardym:

„Janku, proszę cofnij rękę
I powoli, krok po kroku,
Odsuń się od tamtej rzeźby.
Jeśli zachowamy spokój

Nic nikomu się nie stanie.
Uwierz mi – to nie są żarty.”
Ton królewny sugerował,
Że nie warto być upartym

I należy bez pytania
Polecenie to wykonać.
Chłopak zrobił więc dokładnie
Tak, jak mu radziła żona.

A gdy wreszcie się odwrócił
Popędziła w jego stronę,
By na szyi mu zawisnąć.
Jej policzki załzawione

Dowodziły, że się bardzo
Bała o ukochanego.
Nagle, krok do tyłu robiąc,
Odsunęła się od niego,

Łzy wytarła wierzchem dłoni
I ze złością wypaliła:
„Co Ty tu właściwie robisz?
Przecież... przecież Cię prosiłam!

Byłam pewna, że mi ufasz!
Że nie będziesz pytał o nic!
Co strzeliło Ci do głowy,
Żeby mnie w ogóle gonić?”

Zanim jednak Janek zdążył
Odpowiedzieć, Karolina,
Opuściwszy wzrok szepnęła:
„Nie. To wszystko moja wina.

Dawno już powinnam sama
Ci pokazać tę kaplicę
I wyjawić, jaką rzeźba
Straszną skrywa tajemnicę.”

Tu królewna poprosiła
Swego męża, by z nią razem
Zechciał usiąść w pierwszej ławce,
Bezpośrednio przed ołtarzem.

Chwilę później rozpoczęła:
„Ta kamienna, śpiąca dama,
Jak się pewnie domyśliłeś,
To jest właśnie moja mama.

Problem w tym, że to nie rzeźbiarz
Podobiznę jej wykonał.
Ona... leży tu naprawdę,
W twardy kamień przemieniona.”

Janek poczuł zawrót głowy
Słysząc słowa Karoliny.
Ona zaś mówiła dalej:
„W moje siódme urodziny,

Ledwo przed zachodem słońca,
W Białym Zamku się zjawiła
Starsza pani. Na początku
Wydawała się być miła.

Szła powoli, posyłając
Piękny uśmiech w moją stronę,
Pozdrowiła mych rodziców,
Ukłoniła się przed tronem.

Wreszcie rzekła wprost do mamy,
Ignorując całkiem tatę:
'Oto nadszedł czas królowo,
Bym wybrała swą zapłatę.'

Było widać, że mój ojciec
Absolutnie nie pojmował
O co chodzi i osłupiał,
Gdy usłyszał matki słowa:

'Co chcesz zatem? Mój naszyjnik?
Kaszmirowy szal? Satynę?'
Stara jednak, mnie wskazując,
Wychrypiała: 'Chcę dziewczynę.'

Wtedy ojciec tak podskoczył,
Jakby wpadł do wody wrzącej
I wykrzyknął: 'Idź precz wiedźmo,
Zanim cię do lochu wtrącę!'

Ta jednakże w mamę wbiła
Ostre niczym nóż spojrzenie
I syknęła: 'Oddaj córkę,
Albo w kamień ją przemienię!

A kto dotknąć go spróbuje,
Ten się tak jak dym rozwieje!
I nikt klątwy tej nie zdejmie!
Nawet wielcy czarodzieje!'

Tata, nie czekając dłużej,
Wrzasnął: 'Straże! Brać staruchę!'
Ona zaś zdążyła jeszcze
Sięgnąć ręką za pazuchę

Skąd wyjęła krzywą różdżkę,
Łuskowatą niczym szyszka.
Jak się później dowiedziałam,
Był to palec bazyliszka.

Wyszeptała coś pod nosem,
Mierząc we mnie tym pazurem,
Który nagle w mym kierunku
Wypluł długą, ciemną chmurę.

Było pewne, że nie zdążę
Uciec przed magicznym strzałem.
Wtedy właśnie moja mama
Zasłoniła mnie swym ciałem.”

Koniec części trzeciej

© WierszykiDlaDzieci.pl | Kontakt