Wierszyki do czytania Wierszyki do słuchania

Paweł Gołuch

Smoczy Kamień

Część II. Klasztor

Zimą, na wsiach, wieczorami,
Aby czas upłynął miło,
Ludzie się zbierali razem.
W Cichej Wodzie też tak było.

Rozmawiano wtedy dużo,
I na żarty, i poważnie,
Wykonując drobne prace.
Tak mieszkańcom było raźniej.

Czasem ktoś w sędziwym wieku
Przy kaflowym piecu siadał
I, przez dzieci uproszony,
Historyjki opowiadał.

Jedną z takich opowieści,
Dawno temu zasłyszaną,
Janek sobie dziś przypomniał,
Kiedy pośród ruin stanął.

Ledwie z dziury w murze wyszedł
I swe nogi rozprostował,
W jego głowie zaskrzeczały
Starej Genowefy słowa:

„Dawno temu kilku mnichów
Z własnej woli i wyboru,
Zbudowało skromny klasztor
W samym sercu Ciemnoboru.

Wznieśli tam kaplicę z głazów
Oraz dom z drewnianych bali.
Hodowali kilka zwierząt,
Małe pole uprawiali.

Otoczyli klasztor murem
Obawiając się złodziei.
Albo raczej dzikich zwierząt
Szwendających się po kniei.

Pewien handlarz tam zaglądał,
Dwa, lub trzy razy do roku.
Za narzędzia i przyprawy
Brał miód, rzeźby, słoje soków.

Raz jednakże, gdy przyjechał,
W dniu uprzednio ustalonym,
Nikt mu bramy nie otworzył,
Chociaż wrzeszczał jak szalony.

W końcu, gdy cierpliwość stracił,
Przeszedł poprzez ogrodzenie.
Lecz nie zastał tam nikogo,
A do tego, ze zdziwieniem

Stwierdził, oglądając klasztor,
Że go albo zmysły mylą,
Albo, jak wskazują ślady,
Mnisi byli tam przed chwilą.

Miska, jeszcze ciepłej zupy,
Stała na kuchennym stole.
Ktoś łopatę wbił w niewielkie,
Do połowy zryte pole.

W drzwiach obory zostawiono
Taczkę wypełnioną sianem,
A w przedsionku miód i rzeźby
Już czekały na wymianę.

Żadnych śladów, że ktoś obcy
Mnichom spokój dnia zakłócił.
Wszystko wyglądało jakby
Mieli tam za moment wrócić.

Nie wrócili jednak nigdy.
I nikt nie wie co powodem
Było tego, że przepadli
Nagle tak – jak kamień w wodę.

Każdy bowiem, kto rozwiązać
Tajemnicę chce klasztoru,
Już na zawsze pozostaje
Wewnątrz granic Ciemnoboru.”

Janek czuł, że zimne dreszcze
Przeszły mu przez całe ciało,
Chociaż w ten majowy ranek
Słońce mocno przygrzewało.

Całe szczęście wciąż pamiętał,
Jak mu mama powtarzała:
„Wyobraźnia Genowefy
Jest niezwykle wybujała.”

Bardzo wolno się rozejrzał
Po najbliższej okolicy.
Wszystko było zrujnowane.
Cały klasztor... prócz kaplicy.

Choć to dziwne, ta budowla,
O kamiennych, grubych ścianach,
Bez najmniejszych wątpliwości,
Była wyremontowana.

Wymieniono drzwi i okna,
Załatano dziury w murze,
Dach pokryto nowym gontem.
Janek, nie czekając dłużej,

Zrobił trzy głębokie wdechy
I skierował się w tę stronę.
Widział, że drzwi do kaplicy
Są nieznacznie uchylone.

Zajrzał do niej przekonany,
Że zastanie tam królewnę.
W środku jednak było pusto.
Tu zawróciłby zapewne,

Gdyby nie to, że w kaplicy
Ujrzał rzeźbę tak wspaniałą,
Że opisać ją słowami,
Choćby wierszem, to za mało.

Ułożona na ołtarzu,
Niesłychanie szczegółowo
Przedstawiała śpiącą damę
Z przechyloną na bok głową.

Postać miała twarz anielską,
Włosy długie, rozpuszczone,
Piękną, haftowaną suknię,
A na czole swym koronę.

Wykonano ją z kamienia
O strukturze wyjątkowej.
Łączył w sobie cienkie warstwy:
Białe, czarne i brązowe.

Przywodziły one na myśl
Wzburzonego morza fale.
Pięły się i opadały.
Wyżej, niżej, bliżej, dalej.

Rzeźbiarz wykuł każdy włosek.
Zmarszczek wcale nie ukrywał.
To sprawiało, że kobieta
Wyglądała niczym żywa.

Janek podszedł do ołtarza
Jak zahipnotyzowany.
Zapatrzony w twarz o rysach,
Jakby mu poniekąd znanych.

Nagle poczuł się jak bokser
Mocnym sierpem uderzony,
Bo zrozumiał, że to matka
Karoliny, jego żony!

Podniósł rękę, by jej dotknąć.
Wtem się zatrząsł jak osika.
Z tyłu bowiem przeraźliwy
Krzyk doleciał: „NIE DOTYKAJ!!!”

Koniec części drugiej

© WierszykiDlaDzieci.pl | Kontakt