Wierszyki do czytania Wierszyki do słuchania

Paweł Gołuch

Smocze Jajo

Część VI. Spotkanie

Noc zapadła. Księżyc świecił
Pełnią swojej srebrnej tarczy.
Jego blask musiał Jankowi
Podczas drogi w dół wystarczyć.

Chłopak spieszył się do zamku.
Wiedział bowiem doskonale,
Że jak ma odzyskać jajo,
To tej nocy... albo wcale.

Gdy przed bramą wreszcie stanął,
Na krawędzi rozpadliny,
Do poranka pozostały
Już niecałe dwie godziny.

Cale szczęście most od razu
Opuszczono, kiedy krzykiem
Powiadomił wartowników,
Że jest nowym ochotnikiem.

Zamiast jednak na dziedzińcu
Czekać grzecznie aż do wschodu,
Tak jak strażnik mu rozkazał,
Janek zakradł się do schodów,

Których stopnie prowadziły
Do wysokich, łukowatych,
Dwuskrzydłowych drzwi. Za nimi
Król prywatne miał komnaty.

Janek swe poszukiwania
Zacząć chciał od tych pokoi.
Ruszył więc, lecz nagle spostrzegł,
Że przed drzwiami strażnik stoi.

Już chciał szukać innej drogi,
Gdy dobiegło go chrapanie –
Strażnik, z halabardą w rękach,
Smacznie spał oparty na niej.

Janek, jak najciszej umiał,
Wspiął się po ostatnich schodkach,
Minął śpiocha, drzwi uchylił,
Po czym wśliznął się do środka.

Dalej ruszył przez korytarz
Delikatnie oświetlony
Żółtym światłem lamp oliwnych.
Minął salon z prawej strony,

Zaraz za nim bibliotekę,
Skręcił w lewo przy jadalni,
By za kuchnią znaleźć wreszcie,
Jak przypuszczał, drzwi sypialni.

Naciskając klamkę myślał:
„Jak mnie złapią, pewnie zginę”.
Wstrzymał oddech, gdy zawiasy
Zaskrzypiały odrobinę.

Wszedł na palcach do komnaty
Rozglądając się w półmroku.
W księżycowym świetle ledwo
Rozpoznawał kształty wokół:

Szafa, łoże z baldachimem,
Toaletka, biurko, stolik.
Wreszcie kredens, do którego
Chłopak zbliżył się powoli.

Kiedy już podnosił rękę
Do uchwytu mosiężnego,
Z tyłu dobiegł zgrzyt krzesiwa
I pytanie: „Szukasz czegoś?”

„Znam ten głos!”, pomyślał Janek,
„On mi kogoś przypomina”.
Powolutku się odwrócił.
Przed nim stała Karolina.

Najwyraźniej usłyszała,
Że ktoś wchodzi do pokoju
I schowała się za drzwiami.
Co ciekawe, była w stroju

Jakby właśnie zamierzała
Na swojego konia wskoczyć.
Chłopak jednak widział tylko
Jej błękitne, wielkie oczy.

Poczuł przy tym falę ciepła,
Jakby z kaflowego pieca,
Chociaż nie sprawiła tego
Zapalona właśnie świeca.

Stał tak, gapiąc się na młodszą
O dwa lata Karolinę,
Najzupełniej nieświadomy,
Że znów robi głupią minę.

Oprzytomniał, gdy podeszła
Ze świecznikiem uniesionym
I stwierdziła: „Proszę, proszę,
Toż to przecież Pan Zdziwiony.

Może powiesz mi dlaczego
Zwiedzasz nocą mą komnatę,
Czy też wolisz sobie o tym
Pogawędzić z naszym katem?”

Janek i bez groźby wszystko
Mógłby wyznać Karolinie,
Choćby tylko po to, żeby
Chwilę dłużej zostać przy niej.

„Ojciec Twój”, niezdarnie zaczął,
„Znaczy... Waszej Wysokości,
Zabrał jajo tego smoka –
Tego, który tak się złości.

Gdyby mu je oddać zatem,
Wtedy smok poleci sobie.
Według mnie warto spróbować,
No i... ja to... właśnie robię.”

Skończył, pogodzony z faktem,
Że nie wyjdzie z tego cało.
W takiej sytuacji bowiem,
Szczera prawda to za mało.

Zdziwił się więc, gdy królewna
Zamiast pobiec po strażnika,
Wyszeptała: „Czyżby przez to
Zaczął drzwi na klucz zamykać?”

Nagle wymierzyła palcem
W Janka twarz i wycedziła:
„Sprawdzę to, a jeśli kłamiesz,
Już nie będę taka miła.

Idę do komnaty ojca,
A ty grzecznie pójdziesz ze mną!”
Tu zdmuchnęła płomień świecy
I znów się zrobiło ciemno.

Koniec części szóstej

© WierszykiDlaDzieci.pl | Kontakt