Paweł Gołuch

Smocze Jajo

Część III. Zamek

Ponad nurtem rzeki Długiej,
Na wzniesieniu z litej skały,
Dumnie stał królewski zamek,
Nazywany Zamkiem Białym,

Z racji tego, że od podłóg,
Poprzez mury, po sklepienia,
Wykonany był z białego,
Niczym świeży śnieg wapienia.

Cztery kwadratowe baszty
Strzegły zamku z każdej strony,
A głęboki jar przed bramą
Przejść pozwalał most zwodzony.

Najpiękniejsza jednak była,
Nieboskłonu sięgająca
Wieża, z której dachu chyba
Dałoby się dotknąć słońca.

Janek zrobił na ten widok
Minę jakby ujrzał ducha.
Wtem usłyszał: „Zamknij usta,
Bo ci do nich wleci mucha!”

Zanim jednak się obejrzał
Na autora wypowiedzi,
Tamten, a właściwie... tamta
Już zdążyła ich wyprzedzić.

Chwilę jeszcze na swym koniu
Pięła się po stromym zboczu,
Aby im w zamkowej bramie
Ostatecznie zniknąć z oczu.

Janek zapamiętał tylko,
Prócz aksamitnego głosu,
Spływający aż do pasa
Gruby warkocz jasnych włosów.

„To księżniczka Karolina”,
Wyrwał go z hipnozy Grzesiek,
„Lubi, wbrew zakazom króla,
Sama włóczyć się po lesie.

Odkąd śmierć królową wzięła,
A minęła już dekada,
Król nie może ze swą córką
Jedynaczką się dogadać”.

W tym momencie usłyszeli
Okrzyk: „Mistrzu! Mały wraca!”
I przed nimi wyrósł warsztat,
W którym ciągle wrzała praca,

Chociaż słońce zaczynało
Za horyzont tarczę chować.
Obok stała jedna z balist,
Najwyraźniej już gotowa.

„Idziesz ze mną!”, huknął Grzesiek,
„Najpierw zjemy coś ciepłego,
Potem wyśpisz się i jutro
Pójdziesz do podkomorzego”.

Janek chciał zaprotestować,
Ale sił mu nie starczyło.
Kiwnął zatem tylko głową,
Mówiąc, że mu będzie miło.

Następnego dnia o świcie
Podziękował za gościnę,
I do zamku poszedł drogą
Poprzez bramę, na dziedziniec.

Podziwiając białe mury,
Tu i ówdzie na kamieniach,
Widział wielkie plamy sadzy –
Dzieło smoka bez wątpienia.

Wreszcie go do jednej z komnat
W lewym skrzydle skierowano,
Gdzie za wielkim biurkiem siedział
Człowiek łysy jak kolano.

Tylko tyle Janek o nim
Mógł powiedzieć w tym momencie,
Bo ten schylał się gryzmoląc
Piórem w jakimś dokumencie.

„Jak się zwie i skąd pochodzi?”,
Padło z ust podkomorzego,
Który wciąż nie raczył nawet
Zerknąć na zapytanego.

„Janek ze wsi Cicha Woda”,
Odpowiedział chłopak szczerze,
I znów długie, gęsie pióro
Zatańczyło po papierze.

„Teraz się w północnej baszcie
Zgłosi u dowódcy straży.
On przydzieli mu zadanie
I do niego wyposaży”.

Janek już miał odejść, kiedy,
Sam nie bardzo wiedząc czemu,
Spytał: „A czy mógłbym zmierzyć
Się ze smokiem po swojemu?”

I dopiero teraz wzeszła
Niczym słońce łysa głowa,
Z którą, w dość komiczny sposób,
Wąs sumiasty kontrastował.

Podkomorzy bardzo długo
Mierzył Janka takim wzrokiem,
Jakby chciał powiedzieć: „Głupcze!
Nie masz żadnych szans ze smokiem!”

W końcu jednak tylko ręką
Machnął jakby od niechcenia:
„Jeśli sobie życzy zginąć,
Niech mu będzie! Do widzenia!”

I okrągłą pieczęć przybił
Na dokument z taką siłą,
Że na jego wielkim biurku
Wszystko w górę podskoczyło.

Janek wrócił na dziedziniec,
Gdzie akurat ustawiano
Wielką kuszę, kładąc na nią
Celem kamuflażu siano.

A ponieważ taki obiekt
Łatwo stanąć mógł w płomieniach,
Blisko niego rozmieszczono
Beczki z wodą do gaszenia.

Nasz bohater zaś zostawił
Za plecami białe mury,
Biorąc sobie za drogowskaz
Zakrzywiony czubek góry.

Koniec części trzeciej

© WierszykiDlaDzieci.pl | Kontakt