Wierszyki do czytania Wierszyki do słuchania

Paweł Gołuch

Smocze Jajo

Część II. Podróż

Pieszo na królewski zamek
Było jakieś pięć dni drogi.
Pod warunkiem, że się idąc
Mocno wyciągało nogi.

Janek więc wyciągał swoje,
Momentami biegnąc prawie,
A tam gdzie go noc zastała
Mimo chłodu spał na trawie.

Po południu dnia trzeciego
Dotarł do dróg skrzyżowania,
Gdzie staruszek ślepy siedział
W potarganych już ubraniach.

Kiedy Janek podszedł bliżej
Starzec uniósł oczy białe,
Prosząc: „Zlituj się wędrowcze.
Dwa dni w ustach nic nie miałem”.

Janek bez zastanowienia
Dał starcowi bochen chleba,
Mówiąc: „Bierz, bo mi jedzenia
Wkrótce już nie będzie trzeba”.

Tamten w ciszy żuł przez chwilę
Oderwaną z chleba piętę,
Po czym spytał: „Czyżbyś także
Szedł do smoka na przynętę?

Kilku tędy przechodziło
Chętnych, by go o łeb skrócić,
Ale coś mi się wydaje,
Że już żaden z nich nie wróci.

Smoki to nie głupie bestie.
Ba! Mądrzejsze są od ludzi.
I tak całkiem bez przyczyny
To się smoczy gniew nie budzi.

Dobrze znają ludzką mowę,
Myślę więc, że nie zaszkodzi
Wprost zapytać tego smoka,
O co mu właściwie chodzi”.

Janek podziękował szczerze
Staruszkowi za poradę,
Po czym ruszył drogą dalej,
Pozostałych śmiałków śladem.

Czwartej nocy przyszła burza,
Więc się schronił w małej grocie.
Rankiem zaś na jego drodze
Stanął wóz tonący w błocie.

Przed pojazdem pełnym drewna
Ujrzał zmęczonego konia.
Zaś woźnica, ubłocony,
Siedział obok z twarzą w dłoniach.

Janek podszedł i powiedział:
„Jeśli chcesz to Ci pomogę.
Razem wóz rozładujemy
i wypchniemy go na drogę”.

Tamten wstał i patrząc z góry
(miał dwa metry tak na oko),
Odparł: „Życie mi ratujesz!”,
I uśmiechnął się szeroko.

Zaraz więc zaczęli zrzucać
Długie na pięć metrów bale,
Które choć z pozoru lekkie,
To nie były lekkie wcale.

Bo choć nieszczególnie grube,
Może tak jak noga w udzie,
To je z trudem podnieść mogli
Nawet dwaj dorośli ludzie.

Kiedy już wypchnęli z błota
Wóz, po bardzo trudnej walce,
I go znów załadowali,
Janek czuł, że nawet palcem

Ze zmęczenia nie poruszy.
Ledwo się na nogach trzymał!
Nic dziwnego, że odetchnął,
Gdy usłyszał od olbrzyma:

„Jestem Grzesiek i dziękuję,
Że pomogłeś mi z tym wozem.
Jeśli idziesz w stronę zamku,
To ja chętnie Cię podwiozę”.

Podczas jazdy Grześ i Janek
Szybko się zaprzyjaźnili.
Mieli ten sam światopogląd
I w podobnym wieku byli.

A gdy ich rozmowa zeszła
Na bieżące wydarzenia,
Grzesiek zdradził, że ma również
Coś ze smokiem do czynienia:

„Uczę się u mistrza, który
W swoim fachu jest geniuszem.
Umie bowiem doskonałe,
Jednym słowem, robić kusze.

Warsztat jest w pobliżu zamku,
I gdy tylko smok się zjawił,
Mistrz od razu wpadł na pomysł
Jak z poczwarą się rozprawić.

Całą noc nie zmrużył oka,
Projektując w gabinecie,
Wielką kuszę, jakiej jeszcze
Nie widziano na tym świecie.

Gdy przedstawił projekt w zamku,
Na naradzie kryzysowej,
Król nasz wyjątkowo hojnie
Sypnął złotem na budowę.

Warsztat ruszył pełną parą,
Ja dostałem zaś wytyczne,
Aby z miasta portowego
Przywieźć drewno egzotyczne.

Kłody, które mam na wozie,
To pnie czarnych drzew żelaznych.
Poza tym, że są najtwardsze,
Kryją sekret bardzo ważny.

Mój mistrz wierzy, że z ich drewna
Można zrobić strzały, które,
Jak podają stare księgi,
Przebijają smoczą skórę.

Budujemy trzy balisty –
Tak się zwie to urządzenie.
Ma to według planu znacznie
Zwiększyć szansę na trafienie.

Trzeba jeszcze smoka zwabić
W jedno miejsce, choć na chwilę,
Po czym go zestrzelić z nieba.
Tylko tyle!... i aż tyle!”.

Janek długo zbierał myśli,
By pytanie w końcu zadać:
„A z tym smokiem to nie można
W jakiś sposób się dogadać?”

„Prędzej Cię wysłucha burza”,
Parsknął Grzesiek, „z piorunami!”.
„Ale popatrz!”, wskazał ręką,
„Widać zamek już przed nami”.

Koniec części drugiej

© WierszykiDlaDzieci.pl | Kontakt