Marek Dąbrowski

Dla nudy osłody Łąkowe Przygody...

„Biedroneczko – leć do nieba
Przynieś mi kawałek chleba...”
Tak się bajka ta zaczyna -
Bowiem taka jest przyczyna
Biedroneczkę – nasze słonko,
Zapowiada powiedzonko,
A biedronka – zwykła, mała
- powiedzonko usłyszała,
Lecz po chlebek nie ruszyła,
Nie na opak, bo jest miła.
Wie biedronka właśnie o tym,
Że nie w niebie chlebek złoty
Lecz na łące pośród trawy
Leżą dla owadów strawy...

Jak biedronka ma na imię
Duma każdy – latem, w zimie.
Czy biedronka to Dorotka
Którą pogoniła kotka,
Kiedy ta wleciała w próg,
Bo myślała że to stóg?
Może jednak to Marysia
Która siadła obok ptysia?
Taki tam zapach poczuła
Jakby była koło ula...
Biedroneczka – ta czerwona?
Może zowie się Iwona
Co miast latać biega tylko?
Poprzez knieje – w nogi wilkom.
Jak na imię ma – pytacie.
Zwykłe takie – zwie się Maciej.

Maciej albo może Maciek,
Tak jak każdy chłopak – znacie
Lubi przygód miewać krocie -
Latać z osą, rajd na kocie,
A gdy w trawie złapie mrok
Hałasować niczym smok.
Maciek kropek mało ma,
Rosnąć chce więc – prawda ta.
Czy przygoda czy też nie
Co napotka tak to je.
Zjada co mu w oczy wpada.
Je owoce, trawę zjada,
Torty jak się trafia tort.
Ale... wszystko pierwszy sort.
Lubi pojeść ta biedronka,
Która lecąc wokół dzwonka
Konwaliową toczy woń,
Błogą niczym morska toń.

Pierwszą z przygód już poznacie,
Którą przeżył dzielny Maciek.
Było to na skraju łąki,
Kiedy ze snu wstały pąki.
Pięknie było w całym kraju
Tak jak pięknie bywa w maju.
Maciek – owad przecież młody,
Postanowił dla osłody
Pyłki z kwiatów posmakować
I na skrzydłach jął korkować.
Korkociągi, beczki, wzloty
Łapiąc z kwiatów pyłek złoty
I nie byłoby przygody,
Gdyby nie ten Kwiat Niezgody,
Który w cieniu drzewa rósł,
A wiatr jego zapach niósł.

Kwiat z oddali już widoczny...
Jaśniejący, lekko mroczny,
Jak zaklęty wabił Maćka
Lecz był groźny jak ta packa,
Co owady wszystkie trafia,
Z ręką ludzką się pojawia.
Ale, ale... kwiat nieduży,
Maciek leci – oczy mruży,
Bo go nęci zapach, blask
Niby w dzień widzianych gwiazd.
Rój owadów wokół lata...
Widok jak z innego świata!
Kwiat Niezgody niczym cukier
Wnet na skrzydle tworzy lukier
I czyś mucha, osa, bąk
Musisz wnet uciekać stąd!

Leci tak nasza biedronka
Kwiat ten widząc w blasku słonka.
Wnet wiatr zerwał się niemały,
Z mocą walnął jak o skały
I nim ten się zorientował
Pośród łodyg wylądował.
Z dala od kwiatu ze snu,
W smutku... aż zabrakło słów,
Bo nie wiedział mały owad
Z wiatrem tym ocalił głowę.
Wiele z wiatrem tym robaczków
Pospadało w progi krzaczków
Ale... Uff – bo są bezpieczni,
Nie dostanie ich dzbanecznik!

Innych przygód było mrowie
Zaraz o nich wam opowiem:
Otóż... kiedyś Maciek młody,
Ot dla draki – dla przygody
Wleciał w okno ludzi domu -
Myślał: Cicho można, po kryjomu
Trochę sobie tam polata,
Skrzydłem kurze pozamiata.
Wleciał w pokój, w kuchni próg
Lekko jakby zwiedzał stóg .
W kuchni progu... bum – zapachy!
Złapały go ochy , achy...
Tak zachwycił się tym miejscem,
Ale nic nie widział jeszcze.
W miejscu tym zaczarowanym
Już układał życia plany.
Tu gdzie cudna wiedzie woń
Lecę doń, lecę doń...

Tak go kuchnia omamiła -
Mija jedna, piąta chwila.
Maciej przysiadł na kredensie,
Aż mu się zatrzęsły ręce,
Gdy pomyślał o zapachu,
Że jest zapowiedzią smaku.
Toteż jął wokoło zerkać,
Tako ślinka ciekła wielka
Na przysmaki kuchni ludzkiej
Owocowej... i francuskiej.
Ale o tym on nie wiedział
Wokół patrzył, tam gdzie siedział
Pierwsze co mu w oko wpadnie -
Owoc zakrzywiony ładnie,
Żółty jak z łąki stokrotka,
Plamki ciemne ma jak z błotka...
Tak biedronka – Mniam, mniam! – myśli -
- Mam to wszystko co się wyśni!
I już leci do banana
Zapachami upajana.
Banan – dobry, smaczny, zdrowy.
Już ma Maciek plan gotowy,
Oby taki właśnie owoc
Zabrać na polanę z sobą.

Banan Maćka zauroczył!
Myśli on, próbuje, poci -
Jak banana zabrać z sobą,
Kiedyś jest małą osobą,
Jak biedronka? – o tym wiecie,
Że tych nie ma w całym świecie,
Które owoc po kryjomu
Mogłyby zabrać do domu.
Biedrek go nazwijmy - Maciek
Bo to chłopiec – tak go znacie,
Po prób i zmaganiach wielu
Zrezygnował z tego celu
I banana pozostawił...
Znów z kredensu nos wystawił
I ponownie poczuł wonie,
Które ciałem całym chłonie
Ale cóż to... dość podróży?
Człowiek się pojawił duży
I jął machać na owady -
Packą, ręką bez ogłady
I przepędził z domu muchy
Chrząszcze, osy – karaluchy!
Maciek też uciekł w pośpiechu
Smutny taki – bez uśmiechu.

W domu ludzkim – nie wie o tym,
W każdym kącie są kłopoty.
Mógł nasz Maciek utknąć tu,
W pajęczynie pośród much
Lub dokonać tam żywota
W pazurzastych łapkach kota,
Utknąć gdzie go zapach nęcił,
Lep na muchy nosem kręcił.
Miotła, myszy, okno zwykłe,
Jak powietrze nie przenikłe
Zdaje się, że można lecieć
- Trach i bum – i już po świecie!
No i właśnie – dzieci mrowie!
O tym biedrek się nie dowie,
Bo wystrzelił z chaty progów
Jakby z byczych pchnięty rogów.

Wprost w przygody nowej ręce
Bowiem pod zaprzęgu lejce.
Stwór na niego niebywały
Okiem łypie wielkim całym.
I prych - prych do niego mówi!
Maciek skrzydła prawie zgubił
Lawirując z domu progu
Prawie wprost pod koński ogon.
Szast i prast i beczki trzy
Z ambarasu wyszedł w mig,
Bo nasz biedrek – pewnie wiecie
Bywał już w niejednym świecie.
Dawniej była taka pora,
Kiedy zwiedzał świat – obora,
Gdzie podobne widział głowy
Zwały się te stwory – krowy...
I tak spod konia kopyta
Czy ktoś patrzy, czy ktoś pyta
Poszybował w błękit nieba,
Taka tkwiła w nim potrzeba.

Długo jednak nie mógł latać
... karaluch go zaczął swatać
I powiada tak Maćkowi:
- pomogę Ci żonę złowić!
Byś samotnie pośród łąk
Nie żył tak jak jakiś bąk.
Byś miał towarzyszkę swą
I zbudował z nią swój dom.
Pierwsza, którą przyprowadził,
Trzeba przyznać, że przesadził.
Trawa jeszcze była sucha...
Słychać było kroki... mucha,
Która Maćka gdy widziała
Tylko by go całowała,
Buźkę miała do sweet foci -
Biedrek się przy niej napocił.
Niezgodności były winne -
Lubili zapachy inne:
Maćka to kwiatowa grupa,
Muchę za to nęci... zupa

Karaluch jak każdy swat,
Mucha poszła, a on zbladł.
Kombinacji ruszył młyn,
Biedrek mu założył klin,
Bo to mucha – faworytka,
Odeszła nawet bez kwitka.
Druga była mrówka, czerwona!
Królowa nawet, której korona
Czoło i włosy czerwone znaczy.
A mrówka z góry na Maćka patrzy
Królową będąc mrówka – olbrzymka
Patrzy na biedrka niczym na synka.
Wzrok wytężony w Maćku utkwiła
Jakby o daniu z niego marzyła,
Bo miłowania w oczach nie miała.
Czerwona mrówka – bez kropek cała,
To kawalera niezbyt raduje.
Z tego powodu już plany snuje
I już tunele w liściach wywierca
By nawiać szybko ze ślubu kobierca

Swaty były karaluchowe
Zatem ten znowu zachodzi w głowę,
Która z panien wielu
Stanie z Maćkiem na weselu
I z kobierca ślubnego
Weźmie z kropkami jego
W podróż dookoła świata
- zatem - pomyślał – ta, która lata
Biedrkowi potrzebna
Tak niewielka, lekka i zwiewna,
Oby podróż w swobodzie odbyli
Bez przerw w wędrówce ani chwili

Karaluch sprowadzał różne pannice:
Powabne, piękne, z różowym licem
Jedną z nich była łątka dzieweczka
Co może chciała, ale jej rzeczka
Ciągle przy domu być musi.
W podróż poślubną nikt jej nie zmusi.
Inna zaś – zmróżka – chyba,
Ta ciągle o jedzeniu gdyba.
Cała w turkusach, w zieleniach błyszczy
Tali jej jednak głód nie ma zniszczyć.
Była też taka – motyl – rusałka
Poezja gracji, zwiewnego ciałka,
Lecz gdy jej Maciek szeptał do ucha
Ta udawała, że na to głucha
Ucho. I prosi – mów do drugiego
Pewnie usłyszę tam co lepszego.
I tak nasz biedrek z ucha na ucho
Rusałka jednak wciąż była głuchą
Bo jej w obietnic tego się chciało
Że ciągle było mało, i mało

Staraniom kuma biedrek miał dość.
I wbrew namowom – trochę na złość
W podróż poślubną powiadam Wam
W swoim się czasie wybierze sam!
A żona , jak żona – mówi mu główka -
Najlepsza dla mnie to boża krówka!
I gdy się taka właściwa pokaże
Liczne jej kwiaty zaniesie w darze.
I bez swatania, siłą wzdychania
Ale normalnie wskutek – kochania
Maciek marzyciel... o biedroneczce.
Machnął korkociąg, zakręcił w beczce
I o ożenku nie myśląc wcale
Za łąkę poleciał dalej.
Szukać przygody, o której zaraz
Powiecie pewnie – Niezły ambaras!

Maćkowych przygód spisałem wiele.
Wiece z mrówkami i bitwy pszczele
... razu pewnego, był 1 kwietnia,
Pogoda wtedy już była letnia.
Prima Aprilis zewsząd rozbrzmiewa!
Jeden to mówi, inny znów śpiewa!
Jeden dzień w roku jest w portkach kusych,
To 1 kwietnia – Wiwat psikusy!
Maciek zwyczajów takich nie znając,
Wychodził z domu... usłyszał: Pająk!
Podskoczył w strachu niczym z ukropu
I wpadł do szafki na stertę mopów,
I nim się podniósł z tej strachu chwili,
Do uszu dotarł: - Prima Aprilis!
Zanim się wybrał na dobre w drogę,
Jakiś mu owad podstawił nogę...
Prima Aprilis, Prima Aprilis!
Żart goni żarcik – wszyscy broili.
... a gdy podleciał do mrówek małych
Te mu skrzydełka pyłkiem ...
Z motylem skończył szybko rozmowę,
Bo ten... z drugiej miał strony głowę!
Prima Aprilis, Prima Aprilis!
Choć w śmiechu wszyscy, to byli mili,
Bo dzień to żartów, acz nie przykrości
Za rok to Maciek innych... ugości.

Biedrek, choć mikrej postury
Lubił oblatywać góry,
A najbardziej w środku łąki,
Którą omijały bąki...
Wysoka, że prawie w chmurach,
Czubek ma samotna góra
W środku łąki wybujała.
Kiedyś była taka mała...
Wokół życie obumarło,
Jakby je huragan zgarnął
Czarna cała niczym smoła,
Z dala: – Odejdź ! – głośno woła.
Straszy swą potęgą, mrokiem,
Trwogę szerzy swym widokiem.
Maciej za nic ma jej stoki,
Obleciał ją tyłem, bokiem,
Bo gdy z góry na nią zerkał
Już nie była taka wielka
I jak mówi, to nie wszystko:
- To zwyczajne jest mrowisko!

A gdy historią jestem przy mrówkach,
Przygodę inną skreślę w dwóch słówkach:
O tym jak biedrek na przekór światu
Księcia mrówczego odebrał katu
I gdy potrzeba czynów nadeszła
Innych owadów gromada przeszła,
A księcia mrówek obronił Maciek.
Od tamtej pory mówią mu Chwacie!
Otóż – historia, zda się prawdziwa:
Macocha księcia była tak chciwa,
Że mrowisk chciała 100 do rządzenia
I tak nią władał brak jej sumienia,
Że księcia w bitew wysłała 100
Tam gdzie termity, tam gdzie jest smok.
Sama czekała na wieści z wojny,
Które przynosił jej konik polny.
I tak mrowisko za mrowiskami
Książę waleczny wrogów miał za nic.
I choć nie bardzo było mu w smak,
Bitwy wygrywał – mężny był tak.

Gdy po bitwie setnej wracał,
Myśli – będzie nowa praca,
Bo macocha – to już wiedział...
Ktoś mu o tym opowiedział,
Że już nie chce by powrócił,
Aby kraj się tym zasmucił.
Wieścią, że ich książę dzielny
Żywot dokonał mizerny.
Smucił się, że wraca z wojny
Bowiem tam się on czuł wolny.
W domu czeka go macocha,
Co na pewno go nie kocha
I wciąż knuje po kryjomu,
Jak się pozbyć księcia z domu.
Plan już miała ułożony:
Książę wraca zwyciężony!
To nie prawda, to bajania,
Że 100 mrowisk mu się kłania!
Głowę katu on dać winien.
Chce czy nie chce – dzisiaj zginie!
Ale wkracza tu nasz Maciej,
Nasz bohater co go znacie!
Maciek nad mrówki wzlatuje
Krzyczy, wrzeszczy i głosuje:
- Książę jeden jest jedyny
I na pewno jest bez winy.
Widziałem nieraz z daleka
Jak ostatniej chwili zwlekał.
Do natarcia nie chciał iść,
Ale gdy opadał liść
W atak biegł na samym czele
A tych bitew było wiele...
Każde mrowisko kolejne,
Choć stawało w szranki dzielne
Koniec końców biło pokłony,
Książę był niezwyciężony.
Gdy to mrówki usłyszały
Wrzawą wielką wybuchały.
Z tronu zrzuciły królową
Co nie mądrą była głową.
Precz wygnały poza kraj,
Wykrzykując: - Precz stąd gnaj!
Książę żonę wybrał z dwórek,
Co go uczyniło królem,
Żonę jego zaś Królową!
... ale ta rządziła z głową!
Bo u mrówek nie korona,
Nie mąż rządzi, ale żona...

Nocą kiedy wszyscy śpią
Świetliki ogonki trą
I wskazują wszystkim drogi,
Tam gdzie ich poniosą nogi.
Biedrek nasz też przygód łasy
Już o zmierzchu ruszył w trasę,
Bo usłyszał gdzieś pod krzakiem
Tam u sowy niezłą drakę...
Można grozie spojrzeć w oczy,
Ile nic was nie zaskoczy.
Wielu już owadzich zuchów
Na przestrogi starszych, głuchych
Poszło w tę pułapki trasę,
By do walki stanąć z czasem
Jaki im z życia pozostał.
Raz za bratem poszła siostra
Gdy wróciła z tej wyprawy -
Ni braciszka, ani sławy,
Ni rozumu, ni bogactwa,
Ni urody, ni chojractwa...

Ale Maciek głuchy rad,
Za to pragnął ciągłych zwad.
Pognał nocą tam – do sowy,
Która nocą czyni łowy
Na gryzonie, na owady
I na płazy, małe gady...
Maciek był tego nieświadom
Lecąc zwiewną autostradą
Mijał drzewa, mijał krzaki,
Znak na drodze jaki taki,
A gdy górkę minął ziemną
Wtedy było całkiem ciemno.
Tylko gwiazdy mu świeciły
Bo z księżycem się zmówiły,
Że noc w noc będą nam razem
Rozświetlały każdą trasę...
Już do dziupli sowiej wlata,
Aby zajrzeć do jej świata.
A że był dobrego słuchu
Ucho wychwyciło: - Huhu...
Biedrka na to zlały poty...
Ale o tym będzie potem.

Pora nad rzeką przygodę
Opisać, kiedy to wodę
Biedrek wielką zobaczył
Trasę wnet inną wyznaczył.
Tam gdzie szum i wielki chłód
Doszedł go z płynących wód.
Najpierw bobra zauważył,
Gdy kąpieli... w słońcu zażył,
Bo ten leżał niedaleko,
Pośród traw, nad samą rzeką
I tam brzózkę sobie chrupał.
Lepsze dlań niż jakaś zupa
Wielkie zęby, ogon wielki,
Coraz nowe zjadał pieńki.
Szybko ominąwszy bobra,
Pomyślał tak w locie – Dobra!
Dość na dzisiaj dziwnych stworów!
Rzeki chcę łyknąć walorów!
I zakręcił beczki dwie,
Chlupać wodą tak się chce.
Lecz nim dotknął tafli wody
Coś poruszy się pod spodem.
Słońce lśni na jego cześć?
Nie! Ryba, co to chce go zjeść!
I nim beczka się skończyła
Ona z wody wyskoczyła...
Biedrek zrobił w boczek – Chyc!
No, a ryba zjadła... Nic!

Z mieszkańcami małych chatek
Opowieść zaczynam zatem,
Których wioska przy strumyku
Stoi pośród borowików.
Każdy owad Wam to powie
Prawdę całą lub w połowie.
Czy to zimą czy to latem,
Że na świecie żyją skrzaty.
O tym także Maciek wiedział,
Mi tę prawdę opowiedział,
A ja tyle ile znam
Dzisiaj sam opowiem Wam.
Otóż skrzaty, jak to skrzaty,
Ta brodata, ten brodaty
Maga pośród siebie mieli,
Co czarował to co chcieli.
A, że był już bardzo stary
Nie zawsze mu wyszły czary.
I gdy przyszedł z drogi Maciek
Siedział właśnie w swojej chacie.
Dużo mniejszy od biedronki
Płaszcz miał w paski jak u stonki,
Nos szpiczasty jako kolec.
Czapkę jakie noszą trole.
Z rondem wielkim i czerwony,
Okiem błyskał jak szalony.
Siedział nad księgami swymi.
W garze warzył jakieś grzyby
I to wszystko robił naraz.
Biedrek myślał: - Jakaś kara
Musiała spaść na staruszka,
Że się z domu już nie rusza,
Ale mag był już tak stary
Żywym go trzymały czary.
A po za tym ... plątać szkoda -
Wokół leży jego broda.
Od kredensu do podłogi,
Plącze nawet jego nogi.

- Drogi starcze – Biedrek zaczął
Niech twe progi mnie zobaczą.
Pozwól wejść mi do Twej chaty,
Nie przyniesie ci to straty,
Bowiem miła moja mama
Po specyfik mnie przysłała.
I nie żałuj - mówi – groszy
Zapłać ile mag poprosi...
Sprawa jest – nie ociągając,
Mamusi kropki znikają!
Maści zrób lub jakiś wywar.
Proszę, pomóż, a nie zbywaj.
Skrzat, tak jakby niewzruszony,
Nad księgami przygarbiony
Z wolna jął kartki przewracać.
Potem coś w kieszeniach macać...
Biedrek stoi – wyczekuje,
W myślach drogę z domu snuje,
A mag chrząka, coś mamrocze,
A, że był nakryty kocem
Tylko nos widoczny był.
Co też w ręku swoim krył?
Widać było, że się rusza,
Inkantuje – czary rzuca?
Nie minęła ledwie chwila
Starzec nagle się odchyla
I przemawia niskim głosem:
- Po dwie łyżki to brać proszę,
Ale gdyby nie działało
Znaczy – mama brała za mało,
Wtedy łych mikstury trzy
Aby kropki jej nie nikły...

Lecz gdy przyszło do zapłaty,
Tę przyszło dawać na raty,
Bowiem stary, skrzaci mag
Do Maćka powiedział tak:
Nie chcę ja Twoich pieniędzy,
Nie proś nigdy o to więcej
Za tę moją... hmmm... przysługę,
Będziesz m po prostu dłużen.
Albo przynieś mi w dni kilka
Tarantuli włos lub wilka
Wąs, byle był siwy
Wilk to ma być... hmmm... sędziwy.
Biedrek długów nie chciał mieć,
Nie chciał także popaść w sieć.
Wszyscy to wiedzieli w krąg
Tarantula - pająk to!
Wilczy wąs dziś przyjdzie mi...
- E tam! Wezmę naraz trzy!
I poleciał, wprzód, do mamy
Aby kropek wygląd słaby
Poratować i wyleczyć,
Jak się wszystkie kropki leczy...

I nim mama zapytała
Biedrek wyprysł jako strzała.
Tam gdzie wilków jest pieczara,
Mieszkała wilczyca stara.
Pewnie wąsów tam wypadłych
Maciek znajdzie kilka na dnie.
Albo przyjdzie jakimś trikiem
Koło wilka lecieć migiem
I nim ten się zorientuje
Wąsa straci! Nie poczuje...
Lecz czy sił Maćkowi stanie,
Wprawdzie jadł dzisiaj śniadanie?
Wilczy włos to nie przelewki
Nie ma o tym roty, śpiewki
Co by wrócił z takich pląsów.
Wyrywanych wilczych wąsów...
Na nic zdają się gdybania,
Gdy przed nami są zadania...
Najpierw Maciej zanurkował,
Pośród ściółki wilczej schował
I jął pośród kości mnogich
Macać i patrzeć pod rogi.
Tych też tam troszeczkę było...
Wilkom się tam powodziło.
Ale... z wilczych wąsów nici.
Nic nie znalazł biedrek tyci
Tu już wilki nie mieszkają
Wiatr wąsami się tu zajął
I co lekkie i co zwiewne
Poleciało gdzieś – nikt nie wie!
Na nic zdała się wyprawa
Choć już z założenia sprawa
Z wilkiem była ciężka,
Z tarantulą rusza ścieżka...

Smutny lot i ociężały
Dla mamusi, nie dla chwały.
W ludzkie znów prowadził progi,
Gdzie są packi, ręce, nogi.
Gdzie pułapka za pułapką
Słodką wonią woła: - za mną!
Tam, gdy biedrek był raz tylko...
Tarantula tkwi za szybką
I swym ciałem owłosionym
okupuje wszystkie strony.
Jak się dostać za te ściany
W ten pojemnik z wody lany
Przezroczysty tak jak woda
Twarda i nieprzenikniona.
Tarantula siedzi, czeka,
A biedronka czka z daleka
W strachu... chyba rady nie da.
Co dla skrzata zrobić trzeba?
Będzie on niepocieszony,
Kiedy Maciek w jego strony
Wróci z pustymi rękami...
Co z miksturą tą dla mamy,
Kiedy znów będzie potrzeba.
Łatwiej kromkę przynieść z nieba...
Ale cóż to? Wzrok rozdygotany
Oczy przykuł mu do ściany!
A na ścianie – rzecz niezwykła,
Tarantuli jest wylinka,
I nie jedna, a aż osiem.
Nad akwarium – tak po skosie.
Człowiek przypiął je dla Maćka?
Teraz biedrka będzie i stać na
Mikstury dla mamy stosy...
Na wylinkach są też włosy,
Co to mag sobie zażyczył...
I dostanie... sto... niech liczy!

Pewnego ranka znów była burza,
I jak po burzy – wielka kałuża
Się pojawiła na łąki skraju.
W obłokach pary – tak jako w maju
Szybko co z nieba, migiem paruje
I smugą bladą w niebo szybuje.
Nasz biedrek Maciek aż piętą strzelił
I w toń przejrzystą prosto wystrzelił
pluskać się w wodzie co bardzo ciepła
Taka że stała się gęsta i lepka
Lecz jemu to nie przeszkadza.
Ważne że skrzydła nagrzane schładza
I chlapie kroplami na wszystkie strony.
Cieszy się biedrek od potu słony,
Bo dni ostatnie były gorące,
Chował się Maciek ciągle przed słońcem
Czekając właśnie deszczu takiego
Co schłodzi plecy i brzuszek jego.
... lecz znikła szybko kałuża mała
Na skwarze wielkim wyparowała
I nawet błota po niej nie było
Tako słoneczko wtedy świeciło.

Na skraju łąki – który to skraj?
Po prawej stronie, rósł wielki gaj.
A może to była puszcza czy las?
Na rozważania takie nie czas.
Na skraju lasu rósł wielki dąb
Niczym sczerniały od czasu ząb,
A pośród jego wielkich korzeni
W omszałym puchu, w wielkiej zieleni
Leżał ... konar wiekowy.
Trochę spróchniały, zgnił do połowy
Był on stolicą owadziej braci.
Bywał tam każdy dla kogo znaczy
Owadzia przyjaźń i świat ich mały.
Zatem i biedrka tam wszystkie znały
Owady wielkie, owady mikre
Te co są miłe i co to przykre
Maćkowi sprawiały chwile.
Konar – Owadzia Stolica – tyle...

Wybrał się Maciej do stolicy swojej
Pooglądać nowe stroje,
Bo podobno się pokazały
Nowe skrzydła w kropki całe
I nie czarne, a kolorowe
Nowoczesne, postępowe...
A w stolicy, jak w stolicy
Wrzawa na każdej ulicy,
I pochody i protesty
Słychać zawód, krzyki, pieśni.
Z każdej strony tłum owadów
Zmierza na ważne obrady
Bo, się właśnie okazało,
Że króla na nowo wybrano.
Zwyczaj to od dawna znany,
Że na wiosnę wybierany
Król owadziej jest stolicy
Co milion owadów liczy.

Maciek wspiął się na liść trawy,
By przypatrzeć się skąd wrzawy
Najgłośniejsza nuta buczy
Co mu w czułkach aż tak huczy,
Że się ledwie trawy trzyma.
Patrzy – w dali stary ślimak
Niczym platforma na kołach
Wolno pełznie tak od czoła.
Na środku jego skorupy,
Pośrodku owadziej grupy
Siedzi owad duży, dostojny
Wokół sypie pyłek – hojny.
Tak pomyślał biedrek widząc,
Jak korona zdobi lico
Owada co zwany od dziś królem
Władca niczym królowa nad ulem.
Ciekawość mu kręci kiszki.
Co też taki król wymyśli?
I co najpierw on rozkaże?
Lub co przyjmie w darze?
Co założy do korony?
Golf, bryczesy, pantalony...

Wtem podniosły się okrzyki
... to zza króla jego smyki,
Jego owadzi synowie
A doprawdy – niezłe mrowie!
Wyskoczyli jak z konopi!
Każdy owad jął się głowić
Skąd u króla tyle dzieci?
Więcej ich tu nie przyleci?
Bo gdy jęły skakać wkoło
Zrobiło się niewesoło.
Pierwsza, druga, trzecia setka
To już jest przesada lekka!
Lament pełen biadolenia –
Tylu ich do wykarmienia...
Ledwie to króla synowie,
A gdzie córki, kumotrowie,
Ciotki, babcia i wujowie,
Wnuki, wnuczki i stryjowie...
Już stolica legła w pleśń
Króla ród zakrzyknął – Jeść!
I nim dostał, to co chciał
Jadł co wokół siebie miał.
Biedrek wzleciał: - Niech ich niańczą!
I odleciał przed szarańczą...

Gdy stolica wszem zjedzona
Maciuś już był w innych stronach.
A co widział opowiada,
Że szarańcza wszystko zjada
Takich na króla nie bierzcie!
Siły na zamiary mierzcie!
I nim pusta wasza chata
Królom takim każ wymiatać...
Skrajem łąki, tuż przy gaju,
W szumie wody, w plusk ruczaju
Wkradł się nagle cichy śpiew.
Choć żałosny był w nim gniew
Biedrek gdy ten głos usłyszał
Lot swój ściszył niczym mysza,
Która serek po kryjomu
Wynosi z kociego domu.
Nim zobaczył kto tak łka
Już mu było trochę żal,
A melodia tej piosenki
Żar w nim rozpaliła wielki.
Gdy doleciał, za różyczką
Pannę nagle ujrzał śliczną.
Przy niej niech się każda chowa
Biedroneczka to łąkowa...

No, a teraz z innej beczki
„... Biedroneczki są w kropeczki!”

© WierszykiDlaDzieci.pl | Kontakt